Trafny wybór. Recenzja „Fortuny i namiętności. Klątwy”

Jeśli od literatury oczekujemy dobrze opowiedzianej, interesującej historii, odrobiny refleksji i wielu prawdziwych, zupełnie nie papierowych emocji – Fortuna i namiętności. Klątwa to naprawdę trafny wybór. To naprawdę dobrze napisana książka, co w czasach, gdy pisze niemal każdy, choć nikt nie czyta i cierpimy na wielki deficyt warsztatu jest prawdziwą rzadkością. To dobra literatura obyczajowa – ale raczej wymykająca się schematom i, by tak rzec, z ambicjami. To dobra powieść historyczna. To – wreszcie – dobra literatura. Bez określenia „kobieca” czy „męska”, bez dodatkowych przymiotników. Po prostu.

-> Recenzja książki „Fortuna i namiętności. Klątwa”. 

Krytycy literaccy: „Blogerzy to faszyści!”

W Internecie pisze się o książkach, nie o literaturze. Blogerom brak elementarnej wiedzy i znajomości warsztatu, powtarzają podsuwane im przez działy promocji wydawnictw frazesy reklamowe o książkach, są konformistami, lizusami płaszczącymi się przed wydawcami. Sieć nie jest przestrzenią wolności i nie ma nic wspólnego z demokracją, natomiast wprowadza na salony literackie dyletantów, którzy są w stanie powiedzieć tylko tyle, że książka wywołuje w nich jakieś emocje. Sytuacja internetowa to patologia, pozostawanie w kręgu patologicznych powtórzeń, które jest bardzo bliskie wszystkim nazistowskim, hitlerowskim, totalitarnym systemom, w którym musisz iść w tłumie, w szeregu – mówili o blogosferze książkowej krytycy literaccy.

-> Zapis dyskusji „Fachowcy kontra amatorzy, czyli jak nowe media zmieniły krytykę literacką”.

Krytyka literacka jest martwa

Zanim krótko wczorajszą debatę „Fachowcy vs amatorzy, czyli jak nowe media zmieniły krytykę literacką”, zorganizowaną w ramach Zimowego Ogrodu Literackiego w Katowicach, krótki wstęp. Tomasz Węcki ze „Spisku pisarzy” twierdzi:

-> Krytyka literacka jest martwa

Warto się nad jego tezami pochylić.

Cytat na weekend

Czasami wystarczy kilka słów i tak łatwo zorientować się, kto jest ich autorem:

Kiedy w człowieku budzi się zło, opanowuje go bez reszty.

Ta prawda dotyczy każdego z nas. Tak jest na przykład z tyranami. Na początku przyświecają im szczytne ideały, ale z czasem, zaślepieni chęcią realizacji swoich planów, ulegają najgorszym instynktom i sieją terror. 

Takie stężenie banału występuje tylko u jednego twórcy.

Paulo Coelho „Zdrada”

Oczywiście, że będzie recenzja.

Biografie bez wyrazu (książki o Jonym Ive i Jeffie Bezosie)

Wiadomo, że pisanie biografii ludzi ze świata szeroko pojętej technologii po książce „Steve Jobs” Waltera Isaacsona jest sprawą trudną. Ale to nie znaczy, że można pisać książki aż tak złe, jak „Jony Ive”, która jest raczej płytkim streszczeniem ostatnich lat historii firmy Apple niż biografią genialnego projektanta. Nieco lepiej poradził sobie Brad Stone podczas tworzenia książki o Jeffie Bezosie i Amazonie – startupie pozostającym w cieniu gigantów, trochę chyba niedocenianym. Dla mnie szczególnie ciekawa była kwestia relacji Amazon – wydawcy. Warto jednak samodzielnie odkryć mniej znane aspekty historii Bezosa.

– recenzja biografii Jony’ego Ive’a

– recenzja „Sklepu, w którym kupisz wszystko”

Wypadek przy pracy (recenzja „Pana Mercedesa”)

Niby jest tu wszystko to, do czego King przyzwyczaił swoich fanów – świetnie opisany mikrokosmos małych amerykańskich miasteczek, szczegółowe historie poszczególnych bohaterów, poczucie humoru i zjadliwa ironia w narracji, a jednak „mistrz horroru”, próbując przełamać schematy gatunkowe powieści detektywistycznej / powieści noir, popada w klisze i schematy jeszcze gorsze – chociażby te znane z amerykańskich seriali (bohater ze „skazą” – emerytowany detektyw „po przejściach”, który traci sens życia do momentu, gdy podejmuje się ostatniego zadania – a dalej jest jeszcze gorzej). Cała recenzja – tradycyjnie – na Granicach:

-> recenzja książki „Pan Mercedes”

 

Literatura spod kopuły

Serial na podstawie powieści „Pod kopułą” Stephena Kinga zaczął się od mocnego uderzenia. A potem napięcie stale  wzrastało. Niestety – przede wszystkim w dwóch pierwszych odcinkach.

Continue reading “Literatura spod kopuły” »

„Varelse” znaczy „człowiek”

Języki nordyckie rozróżniają cztery stopnie obcości. Pierwszy to cudzoziemiec, albo „utlänning”, obcy, którego uznajemy za człowieka, ale z innego miasta lub kraju. Drugi to framling – Demostenes po prostu odrzucił akcent z nordyckiego „främling”. To obcy, którego uznajemy za człowieka, ale z innego świata. Trzecim jest ramen, obcy uznawany za człowieka, lecz innego gatunku. Wreszcie czwarty, prawdziwie obcy, varelse. W tej klasie mieszczą się wszystkie zwierzęta, gdyż kontakt z nimi jest niemożliwy. Żyją, ale nie potrafimy odgadnąć celów, jakie skłaniają je do działania. Mogą być inteligentne, mogą być świadome, ale my nie potrafimy się o tym przekonać.

Orson Scott Card, Mówca umarłych

Jest pewien paradoks, który uderza mnie za każdym razem, kiedy sięgam po książki Orsona Scotta Carda – autora Gry Endera, powieści, do której wracam często jak chyba do żadnej innej książki. Powieści, w której nastoletnie dzieciaki zajmują się głównie analizowaniem zachowania własnego, wnikaniem w motywacje, jakimi kierują się dorośli i szukaniem sposobów, by wiedzę tę wykorzystać. Książki, w której przeżycia wewnętrzne bohaterów okazują się ciekawsze niż wartko płynąca akcja. W przypadku twórczości Carda mianowicie z jednej strony z lubością oddajemy się analizie życia wewnętrznego bohaterów, z drugiej zaś szybko dochodzimy do konstatacji, że nikogo – nawet siebie – nie możemy poznać do końca. Że – w zasadzie – to każdy człowiek jest varelse – nawet dla członków najbliższej rodziny.

Paradoks ten jednak zupełnie nie wpływa na klasę powieści Carda. Książek, będących opowieściami tyleż o obcych z kosmosu, co o obcych, którzy tkwią w nas samych.

„Mniej” znaczy „więcej”

W dzień po reaktywacji blogu warto się wytłumaczyć. Warto się wytłumaczyć z drastycznej zmiany layoutu, z tego, dlaczego jest tak biało i dlaczego jeszcze tak wiele blogowi temu brakuje*.

„Mniej” znaczy „więcej”. Tą zasadą kieruję się już od ponad roku. Kierowałem się nią, przygotowując nowy layout strony głównej Granic. Kierowałem się nią, przygotowując projekt „Przebłysków” dla Adama Maniury. Kierowałem się nią, dostosowując gotowca, który leży u podstaw BytomInside.pl – strony fotograficznej, również Adama, której poświęcam ostatnio bardzo wiele czasu, a która wciąż wymaga dopracowania i uzupełnienia.

Kierowałem się tą zasadą – wreszcie – odświeżając wygląd własnego blogu, który ma być swego rodzaju wizytówką. Bo po co zamieszczać widżet z reklamami, który rocznie przynosi kilkadziesiąt złotych? Po co zaśmiecać stronę widżetem Facebooka, kiedy zainteresowani czytelnicy i tak na profil blogu dotrą? Po co prezentować własne zdjęcie, skoro znajomi i tak doskonale wiedzą, jak w danym momencie wyglądam, a nieznajomych nieprzesadnie to obchodzi? Ma być jasno, przejrzyście, czytelnie i z naciskiem na tekst. Tekst, który stać tu będzie na pierwszym miejscu. Tekst, który komentował będę zdecydowanie częściej niż dotychczas.

Czego Państwu i sobie serdecznie życzę.

 

* spolszczenie szablonu obiecuję przygotować w czasie mniej lub bardziej najbliższym

Spiesz się powoli!

gallo

Jeff Galloway to jedna z postaci, których miłośnikom biegania nie trzeba przedstawiać. To jeden z amerykańskich biegaczy, którzy najmocniej przyczynili się do popularyzacji dyscypliny sportu, która – także w Polsce – gromadzi coraz większe rzesze pasjonatów. Niejednokrotnie wygrywał ważne światowe biegi maratońskie, a udało mu się to dzięki metodzie, którą zastosować może każdy – nawet biegacz-amator. Metoda ta kładzie bowiem nacisk na odpoczynek już w trakcie biegu, poprzez zastosowanie regularnych przerw na marsz. Z drugiej strony Galloway podkreśla, że mniejsze znaczenie ma duży kilometraż w trakcie tygodnia, gdy każdemu brakuje czasu. O wiele ważniejszy jest jeden dłuższy bieg, stosowany co tydzień lub co dwa tygodnie, w zależności od obranego planu treningowego i docelowego dystansu w trakcie wyścigu.
Bieganie metodą Gallowaya to trening dla początkującego biegacza niejako „w pigułce”. Autor opisuje rewolucję, j
zniweczyć efekty wielomiesięcznego treningu. Galloway podpowiada, jak startować w zawodach powinien amator, a jak – doświadczony już zawodnik. Prezentuje także tabele, pomagające planować trening przed biegiem na poszczególnych dystansach i ukończeniu ich w określonych czasach, do półmaratonu włącznie. aka w zakresie biegania zaszła w drugiej połowie XX wieku. Następnie przechodzi do informacji bardziej konkretnych, opisując fizjologiczne podstawy treningu, planowanie poszczególnych biegów oraz dziennego i tygodniowego kilometrażu, jak również znaczenie prowadzenia dziennika biegania. Pisze też, jak biegać w czasie wielkich upałów czy jak przygotować się do biegania zimą, a informacje te są naprawdę ogromnie pomocne.

Książka Gallowaya stanowić będzie interesującą pomoc dla każdego, kto planuje kiedykolwiek – choćby dla własnej przyjemności – przystąpić do zawodów. Biegacz podkreśla, że nigdy nie należy przesadzać z szybkością i tempem – nadmierny nacisk na nie przekłada się bowiem przede wszystkim na ilość i częstotliwość kontuzji, które łatwo mogą
Ale Bieganie metodą Gallowaya to także dostrajanie – pracowanie nad techniczną stroną biegu, dołączenie do treningu ćwiczeń wzmacniających i uzupełniających, parę słów na temat motywacji, treningu mentalnego czy biegania dla kobiet. Autor opisuje też najczęstsze kontuzje, pomagając odróżnić – przynajmniej wstępnie – poważną kontuzję od tak zwanego przetrenowania i pokazując, jak z niektórymi problemami sobie radzić. Nie jest jednak Bieganie metodą Gallowaya poradnikiem dla lekarzy-amatorów. Galloway podkreśla, że w przypadku jakichkolwiek wątpliwości, nie należy polegać na własnych domysłach, lecz czym prędzej zgłosić się do lekarza. Opisuje także znaczenie pracy z dobrym trenerem, której nie zastąpi lektura nawet najlepszego poradnika.

Bieganie to nie tylko same treningi. To także odpowiednia dieta, pomagająca osiągnąć dobre wyniki w zawodach, a także sposób na… „wybieganie” tłuszczu. Dobre wyniki trudno osiągnąć bez odpowiedniego obuwia. I na te tematy biegacz zabiera głos, przedstawiając swoje opinie czy praktyczne porady. Mówi także o bieganiu dzieciaków i seniorów oraz prezentuje metodę oszacowania wyniku w zawodach, do których się właśnie przygotowujemy.

Galloway pisze w sposób przystępny i interesujący. Oczywiście, sporo tu tak charakterystycznych dla amerykańskich poradników motywacyjnych zwrotów do czytelnika, jednak maniera ta nie jest przesadnie irytująca. Jeff Galloway stawia raczej na konkrety. Oczywiście, nie wyczerpuje wszystkich tematów związanych z bieganiem. Oczywiście też jego książka nie zastąpi współpracy z trenerem zawodowcowi, jednak dla początkującego biegacza z pewnością stanie się bardzo pomocna.

Trudno mi, jako laikowi w sprawach sportu i człowiekowi, który biega amatorsko dopiero od paru lat, wypowiadać się na temat skuteczności metody treningowej Jeffa Gallowaya. Stosowanie jej nie przyniosło mi jak dotąd zdecydowanej poprawy wyników, o której pisze autor. Natomiast dało się zauważyć, że o wiele mniej mam już problemów z lżejszymi

czy poważniejszymi kontuzjami, z przetrenowaniem czy przemęczeniem. A o to mi – jako amatorowi, który do swojego pierwszego maratonu wciąż jeszcze się przygotowuje – przed lekturą poradnika Gallowaya chodziło.