fot. http://photo.rychter.com

Piątkowa debata premiera Donalda Tuska z internautami i blogerami to ze strony rządu znakomita zagrywka marketingowa, która zarazem może być uznana za wielki sukces polskiej sieci i pierwszy krok na drodze do traktowania blogerów na równi z dziennikarzami. Ale nie łudźmy się – mimo wielu ważnych deklaracji, w tej beczce miodu jest więcej dziegciu, niż nam się wszystkim wydaje.

Streszczenie problemu

Streszczając rzecz całą dla tych, którzy interesują się wszystkim, tylko nie polityką: nawoływanie do debaty Tuska z internautami stało się powszechne po tym, jak w ramach tak zwanej ustawy antyhazardowej pojawił się pomysł stworzenia rejestru usług i stron internetowych, które mają zostać zablokowane. Ten swego rodzaju współczesny „indeks ksiąg zakazanych” uznano za rozwiązanie najgorsze z możliwych. Dlaczego? Po prostu dlatego, że blokowanie czegokolwiek w sieci byłoby praktycznie nieskuteczne. Nie likwidowałoby problemu, po prostu – ujmijmy to metaforycznie – przed drzwiami do kasyna postawiłoby się parawan, który bardzo łatwo przecież obejść, z czego doskonale zdaje sobie sprawę każdy obeznany z tą bardziej praktyczną stroną sieci.

Sukces sieci, a nie debaty?

Przed debatą w projekcie ustawy zapis o rejestrze istniał. Strona rządowa na zakończenie spotkania zadeklarowała jednak, że zapis ten zostanie skierowany do ponownych konsultacji. Czy to sukces spotkania i internautów? Powiedziałbym, że decyzja taka wydawała się najbardziej słuszną już od dawna, bowiem zapis krytykowali wszyscy, może z wyjątkiem samych twórców ustawy. Głośno mówiono o tym w mediach, najgłośniej zaś – w sieci. Dlatego wolałbym uznać jego rewizję za sukces wszystkich internautów i dowód na siłę samej sieci, a fakt, że decyzję ogłoszono podczas debaty nazwałbym po prostu zabiegiem marketingowym. Doskonałym zresztą, przyznaję.

Nieprzekonujący dyskutanci

Dlaczego sądzę, że sama debata nie przekonała premiera Donalda Tuska? Dlatego, że – co tu ukrywać – na sieci premier po prostu specjalnie się nie zna. I wątpię, by bez długich konsultacji ze specjalistami uwierzył komunikolwiek na słowo. Tym bardziej, że uczestnicy spotkania mówili najczęściej długo i rozwlekle, wypowiadali czasem stwierdzenia ważne, ale nie potrafili ich odpowiednio uwypuklić, więc szczególnie przekonujący nie byli.

Wielki sukces – platforma informacji o kwestiach prawnych

Większym sukcesem jest wyraźna deklaracja ze strony rządowej, że powstanie swego rodzaju platforma internetowa, na której prezentowane będą dokumenty prawne, projekty zmian prawa, propozycje ustaw i nowych rozwiązań, które każdy będzie mógł komentować. Platforma taka stać się ma nowoczesnym forum bardzo szeroko zakrojonych konsultacji społecznych, a dla wszystkich piszących o polityce będzie zarazem wspaniałym źródłem informacji. To pomysł rewolucyjny w polskich realiach, ale i rewelacyjny. Ale również nie sądzę, by był on bezpośrednim efektem debaty – rząd rzekomo zastanawiał się nad nim już od dawna.

Beznadziejne pytania
I tu zaczynają się problemy, jakie mam z debatą. Po pierwsze: organizowana była ona pod hasłem: „Zapytaj premiera”, tymczasem pytań z sali (i zarazem odpowiedzi) było jak na lekarstwo. Więcej było lansowania siebie, długich, często nie całkiem zrozumiałych wypowiedzi, zdarzały się też pytania zupełnie idiotyczne i niepotrzebne – jak na przykład wystosowane do premiera zapytanie, czym jest jego zdaniem internet. Widać było, że blogerzy to nie dziennikarze – często znają się na swojej materii lepiej niż wielu specjalistów, powiedzieli więc wiele rzeczy ważnych, ale pytań, które na konferencji prasowej nie byłyby kompromitacją, zadać raczej nie potrafili.

Stronniczość

Widać było, że blogerzy to nie dziennikarze również w braku obiektywizmu i – czasem – w braku odwagi. Niemal wszyscy byli ogromnie kurtuazyjni względem premiera – gdy mówili, że rejestr stron zakazanych mógłby stać się narzędziem walki politycznej, zawsze podkreślali, że najpewniej stać by się to musiało w przyszłości, gdyby do władzy doszła opozycja. A przecież wszyscy wiemy, o jaką opozycję tu chodzi. Przedstawiciele rządu potrafili „punktować” uczestników spotkania za rzekome „nieścisłości”, zaś faktycznej niekonsekwencji w wypowiedziach przedstawicieli gabinetu Tuska nikt nie wskazywał.

Kto tu jest nieufny?

Jest jeszcze jedna rzecz, która zwróciła moją uwagę podczas debaty i pokazała, że tak naprawdę wszelkiego rodzaju konsultacje społeczne będą raczej bezcelowe. Otóż w pewnym momencie premier na marginesie odpowiedzi na pewne pytanie stwierdził mniej więcej tyle, że zanim rozpatrzy się jakiś pomysł, trzeba zbadać, od kogo on wychodzi i jakie są intencje pomysłodawcy. A więc nie będziemy zastanawiali się nad słusznością i zasadnością jakiejś koncepcji, tylko sprawdzimy, od kogo ona pochodzi i co ten ktoś może na jej wdrożeniu zyskać. Krótko mówiąc: sugestie swoich (których ci raczej nie odważą się zaprezentować, bo jak tu szefostwo krytykować?) przyjmiemy, obcych zaś – będziemy weryfikować. Dopiero, gdy ci obcy będą dość głośno krzyczeć i gdy będzie ich na tyle dużo, by mogło to spowodować problemy sondażone, to zaczniemy myśleć, czy nie mają czasem racji. Dziwne, że uczestnicy debaty nie zwrócili uwagi i na to – bo podobnych stwierdzeń zapewne oczekiwaliby raczej od przestawicieli owej opozycji, która mechanizmów stworzonych przez rząd Tuska rzekomo mogłaby nadużywać.

Siła tkwi, niestety, w…

Ale dość jadu i złośliwości. Prowadzący Maciej Budzich „mediafun” sprawdził się w gruncie rzeczy nieźle, mimo że czasem – zwłaszcza na początku – zapominał skorzystać ze swojego dzwoneczka i nie zawsze potrafił podkreślić, jaki wątek w danym momencie uczestnicy dyskusji powinni „ciągnąć”, choć bywał – powiedzmy – niezbyt „salonowy”. No i jeśli nawet sama debata dała niewiele, to szum wokół ustawy antyhazardowej, wokół zapisów kontrowersyjnych i pomysłów niemądrych pokazuje, że internet ma większą siłę, niż wielu chciałoby przyznać. Że wprawdzie z samych profili i akcji prowadzonych na Facebooku, Blipie i Twitterze wynika niewiele, ale odpowiednio duża ich popularność, odpowiednio wielki szum może bardzo ładnie namieszać. Na marginesie – fakt, że tego rodzaju akcje prowadzone są raczej z wykorzystaniem Facebooka niż Naszej Klasy pokazuje też, która społeczność jest bardziej świadoma, obywatelsko zaangażowana i aktywna, mimo zdecydowanie mniejszej liczebności. Powinno to dać do myślenia twórcom Naszej Klasy – w końcu tam nikt profilu „Podziękuj premierowi” nie stworzył.

PS No i, drodzy specjaliści od transmisji internetowych, ale też – drodzy twórcy Blipa, weźcie się w końcu do roboty, bo fakt, że nie było właściwie transmisji debaty w sieci działającej bezproblemowo, a na Blipie częściej mogliśmy oglądać Pana Oponkę niż nowe wpisy w tak ważnym momencie, to po prostu skandal.

Related Posts with Thumbnails

 Zostaw odpowiedź

(required)

(required)

Możesz użyć również HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam Protection by WP-SpamFree

   
© 2010 No books Suffusion theme by Sayontan Sinha