Na ten film ostrzyłem sobie zęby od dłuższego czasu. Jeśliby bowiem „Zakochany Nowy Jork” był choć po części tak dobry, jak „Zakochany Paryż”, to mielibyśmy do czynienia z solidnym filmem, momentami zachwycającym, momentami aspirującym nawet do miana kina artystycznego, przez cały czas natomiast – zaskakującego, świeżego i naprawdę przyjemnego dla widza. Niestety, choć w „Zakochanym Nowym Jorku” zachwycać może sceneria (nie na darmo tak mocno kocha to miasto Woody Allen, który jest zarazem najlepszym jego portrecistą i największym piewcą), to dziesięciominutowe historie opowiedziane przez różnych reżyserów poruszają nas o wiele mniej.
Wyjątkowo zdarzyło się tak, że polski tytuł zdecydowanie bardziej odpowiada treści filmu niż tytuł oryginalny. Twórcy deklarują bowiem „New York, I love you”, gdy tymczasem opowiadają raczej historie o miłości – lub braku miłości – rozgrywające się w scenerii amerykańskiej metropolii.
Historie te, jako się rzekło, są bardzo różne. Mamy tu wieloznaczną, wymykającą się jednowymiarowym klasyfikacjom opowieść Shekhara Kapura o pewnej divie operowej, która powraca do swojego ulubionego hotelu. Mamy historię o miłości pewnego artysty do młodej Chinki pracującej w małym sklepiku. Mamy bardzo przewrotną opowieść o balu maturalnym pewnej dziewczyny i historię pewnej Żydówki, która tuż przed ślubem nawiązuje przedziwną relację z pogranicza przyjaźni i fascynacji z arabskim jubilerem. Mamy dwoje staruszków wędrujących nowojorskimi ulicami. Mamy również dość mocny akcent reżyserującej Natalie Portman, która chce nam opowiedzieć słów parę na temat ojcostwa.
Wszystkie historie, które znalazły się w filmie, są poprawne, miejscami dobre, zabawne lub poruszające, zawsze zwieńczone wyrazistą (może czasem zbyt wyrazistą) pointą. Trudno oceniać film w oderwaniu od obrazu, którego jest w pewnym sensie spadkobiercą – od wspomnianego już „Zakochanego Paryża”. I to właśnie porównanie dla nowszego filmu nie wypada korzystnie. Być może problem tkwi w tym, że w „Zakochanym Nowym Jorku” poszczególne historie nie są w żaden sposób od siebie oddzielone, przeplatają się ze sobą, bohaterowie mijają się na ulicy… Zamysł zacny, jednak dziesięciominutowym etiudom nie wyszło to na dobre. Zanim bowiem zdążymy oswoić się z bohaterami (a co dopiero – przywiązać się do nich), zmienia się sceneria, zmieniają się postaci i… ruszamy w dalszą drogę. O wiele lepiej wypadła wieńcząca film o cztery lata starszy panorama Paryża z poszczególnymi bohaterami na pierwszym planie.
Dodatkowym problemem jest fakt podobieństwa poszczególnych etiud składających się na film. Podobieństwa bardzo silnego, przesyconego duchem Woody’ego Allena. Podobieństwo to i poprawność poszczególnych etiud sprawia, że tak naprawdę bardzo niewiele z nich przebija się do naszej świadomości, tylko nieliczne zapamiętamy na dłużej.
Ale – i będę to powtarzał do znudzenia – „Zakochany Nowy Jork” nie jest filmem złym. Udało się bowiem twórcom wytworzyć pewien nastrój, który sprawia, że na całość patrzy się z pewną przyjemnością. Przez cały czas towarzyszy nam niezła muzyka oraz plejada znakomitych aktorów, którzy filmowani są w sposób zachwycający. Reżyserzy lepiej dobrali zresztą operatorów, niż scenariusze, dzięki czemu Nowy Jork naprawdę potrafi zachwycić. „Zakochany Nowy Jork” to po prostu danie bardzo apetyczne i dobrze zaserwowane. Daleko mu od arcydzieła sztuki kulinarnej, ale na pewno nie nabawimy się po nim niestrawności.

