
Ten film mógł być znakomitym obrazem współczesności, satyrą na współczesny świat, przepełniony myślą Paulo Coelho, ideami Feng Shui i New Age’u. Mógł też być sposobem na obśmianie amerykańskich obsesji i spiskowych teorii, zgodnie z którymi rząd ciągle pracuje nad tajną bronią, która w przyszłości pozwoli Stanom Zjednoczonym opanować świat, tymczasem testuje zaś jej działanie na własnych obywatelach. Tymczasem jest po prostu mocno absurdalną komedią ze wspaniałą obsadą. Jest filmem bardzo nierównym – miewa momenty, w których jego twórcy wspinają się na wyżyny sztuki, by następnie opaść w kanion banału i bełkotu.
„Człowiek, który gapił się na kozy” to opowieść o pewnym dziennikarskim śledztwie. Pewien dziennikarz nie najwyższych lotów (Ewan McGregor), po tym, jak zostawia go żona, postanawia udowodnić jej, sobie i całemu światu, że jest wart więcej, niż można by się tego po nim spodziewać. Wyrusza do ogarniętego wojną Iraku, by zrobić tam materiał swojego życia. Tyle, że jego plany szybko ulegają zmianie, gdy poznaje mężczyznę, który opowiada mu o losach Pierwszego Batalionu Ziemi, oddziału amerykańskiej armii, którego członkowie kształcili techniki z pogranicza magii i parapsychologii (przenikanie przez ściany, zabijanie myślą), by w przyszłości Stany Zjednoczone mogły rozstrzygać konflikty zbrojne zupełnie bezkrwawo. Historia tego batalionu urzeka naszego bohatera, a jej poznawanie staje się dla niego początkiem zupełnie nowej, nieco szalonej życiowej przygody.
Największą chyba zaletą filmu jest rzesza ogromnie barwnych postaci, granych zresztą przez aktorów wyśmienitych. W rolę twórcy oddziału, hippisa Billa Django, wcielił się genialny Jeff Bridges, który wywołuje uśmiech ilekroć tylko pojawi się na ekranie. Kevin Spacey świetnie wypada jako nieco cyniczny Larry Hooper, a George Clooney… Cóż, Clooney to klasa sama w sobie. Jeśli nawet brak im dobrej materii, z którą mogliby pracować, z przeciętnego scenariusza udaje im się wyciągnąć bardzo wiele. To dzięki ich aktorstwu możemy się podczas oglądania tego filmu uśmiechnąć. Widać zresztą, że i sami aktorzy uśmiechali się podczas pracy nad filmem bardzo często – musiała być to dla nich przednia (kto wie – może zbyt dobra?) zabawa.
My uśmiechamy się jednak niezbyt często. Irytuje bowiem fabuła (a właściwie – jej brak, film bowiem składa się przede wszystkim z dość słabo powiązanych z sobą epizodów, z najważniejszym wątkiem zabicia kozy za pomocą umysłu na czele). Razi mnogość słów (film jest po prostu przegadany). Razi fakt, że całość nie wydaje się zmierzać do żadnego końca, a gdy mimo wszystko twórcy pointują jakoś tę opowieść, ich wyjaśnienia wydają się nieco mętne i mało wiarygodne. Razi fakt, że miejscami żarty są tu mocno naciągane.
Krótko mówiąc: mogło być lepiej, o wiele lepiej. Wystarczyło tylko powiązać historie opisane w książce Jona Ronsona trochę mocniej, nie rezygnując wszakże z jej temperamentu i piętna szaleństwa. Wystarczyło na początku przemyśleć, co tak naprawdę twórcy będą chcieli opowiedzieć w swym filmie. Wystarczyło przez cały czas konsekwentnie budować absurdalny obraz współczesności. A tak: choć obraz ogląda się nieźle, choć to wspaniała propozycja dla miłośników absurdu i purnonsensu, choć to popis świetnego aktorstwa – większość widzów może być obrazem Granta Heslova nieco rozczarowana.



Książkom mówi zdecydowane NIE Sławomir Krempa, tak zwany naczelny wortalu literackiego Granice.pl