80 articles Articles posted in Z różnych stron

Trafny wybór. Recenzja „Fortuny i namiętności. Klątwy”

Jeśli od literatury oczekujemy dobrze opowiedzianej, interesującej historii, odrobiny refleksji i wielu prawdziwych, zupełnie nie papierowych emocji – Fortuna i namiętności. Klątwa to naprawdę trafny wybór. To naprawdę dobrze napisana książka, co w czasach, gdy pisze niemal każdy, choć nikt nie czyta i cierpimy na wielki deficyt warsztatu jest prawdziwą rzadkością. To dobra literatura obyczajowa – ale raczej wymykająca się schematom i, by tak rzec, z ambicjami. To dobra powieść historyczna. To – wreszcie – dobra literatura. Bez określenia „kobieca” czy „męska”, bez dodatkowych przymiotników. Po prostu.

-> Recenzja książki „Fortuna i namiętności. Klątwa”. 

Udostępnij!

Krytyka literacka jest martwa

Zanim krótko wczorajszą debatę „Fachowcy vs amatorzy, czyli jak nowe media zmieniły krytykę literacką”, zorganizowaną w ramach Zimowego Ogrodu Literackiego w Katowicach, krótki wstęp. Tomasz Węcki ze „Spisku pisarzy” twierdzi:

-> Krytyka literacka jest martwa

Warto się nad jego tezami pochylić.

Udostępnij!

Cytat na weekend

Czasami wystarczy kilka słów i tak łatwo zorientować się, kto jest ich autorem:

Kiedy w człowieku budzi się zło, opanowuje go bez reszty.

Ta prawda dotyczy każdego z nas. Tak jest na przykład z tyranami. Na początku przyświecają im szczytne ideały, ale z czasem, zaślepieni chęcią realizacji swoich planów, ulegają najgorszym instynktom i sieją terror. 

Takie stężenie banału występuje tylko u jednego twórcy.

Paulo Coelho „Zdrada”

Oczywiście, że będzie recenzja.

Udostępnij!

Biografie bez wyrazu (książki o Jonym Ive i Jeffie Bezosie)

Wiadomo, że pisanie biografii ludzi ze świata szeroko pojętej technologii po książce „Steve Jobs” Waltera Isaacsona jest sprawą trudną. Ale to nie znaczy, że można pisać książki aż tak złe, jak „Jony Ive”, która jest raczej płytkim streszczeniem ostatnich lat historii firmy Apple niż biografią genialnego projektanta. Nieco lepiej poradził sobie Brad Stone podczas tworzenia książki o Jeffie Bezosie i Amazonie – startupie pozostającym w cieniu gigantów, trochę chyba niedocenianym. Dla mnie szczególnie ciekawa była kwestia relacji Amazon – wydawcy. Warto jednak samodzielnie odkryć mniej znane aspekty historii Bezosa.

– recenzja biografii Jony’ego Ive’a

– recenzja „Sklepu, w którym kupisz wszystko”

Udostępnij!

Wypadek przy pracy (recenzja „Pana Mercedesa”)

Niby jest tu wszystko to, do czego King przyzwyczaił swoich fanów – świetnie opisany mikrokosmos małych amerykańskich miasteczek, szczegółowe historie poszczególnych bohaterów, poczucie humoru i zjadliwa ironia w narracji, a jednak „mistrz horroru”, próbując przełamać schematy gatunkowe powieści detektywistycznej / powieści noir, popada w klisze i schematy jeszcze gorsze – chociażby te znane z amerykańskich seriali (bohater ze „skazą” – emerytowany detektyw „po przejściach”, który traci sens życia do momentu, gdy podejmuje się ostatniego zadania – a dalej jest jeszcze gorzej). Cała recenzja – tradycyjnie – na Granicach:

-> recenzja książki „Pan Mercedes”

 

Udostępnij!

Literatura spod kopuły

Serial na podstawie powieści „Pod kopułą” Stephena Kinga zaczął się od mocnego uderzenia. A potem napięcie stale  wzrastało. Niestety – przede wszystkim w dwóch pierwszych odcinkach.

Continue reading “Literatura spod kopuły” »

Udostępnij!

„Varelse” znaczy „człowiek”

Języki nordyckie rozróżniają cztery stopnie obcości. Pierwszy to cudzoziemiec, albo „utlänning”, obcy, którego uznajemy za człowieka, ale z innego miasta lub kraju. Drugi to framling – Demostenes po prostu odrzucił akcent z nordyckiego „främling”. To obcy, którego uznajemy za człowieka, ale z innego świata. Trzecim jest ramen, obcy uznawany za człowieka, lecz innego gatunku. Wreszcie czwarty, prawdziwie obcy, varelse. W tej klasie mieszczą się wszystkie zwierzęta, gdyż kontakt z nimi jest niemożliwy. Żyją, ale nie potrafimy odgadnąć celów, jakie skłaniają je do działania. Mogą być inteligentne, mogą być świadome, ale my nie potrafimy się o tym przekonać.

Orson Scott Card, Mówca umarłych

Jest pewien paradoks, który uderza mnie za każdym razem, kiedy sięgam po książki Orsona Scotta Carda – autora Gry Endera, powieści, do której wracam często jak chyba do żadnej innej książki. Powieści, w której nastoletnie dzieciaki zajmują się głównie analizowaniem zachowania własnego, wnikaniem w motywacje, jakimi kierują się dorośli i szukaniem sposobów, by wiedzę tę wykorzystać. Książki, w której przeżycia wewnętrzne bohaterów okazują się ciekawsze niż wartko płynąca akcja. W przypadku twórczości Carda mianowicie z jednej strony z lubością oddajemy się analizie życia wewnętrznego bohaterów, z drugiej zaś szybko dochodzimy do konstatacji, że nikogo – nawet siebie – nie możemy poznać do końca. Że – w zasadzie – to każdy człowiek jest varelse – nawet dla członków najbliższej rodziny.

Paradoks ten jednak zupełnie nie wpływa na klasę powieści Carda. Książek, będących opowieściami tyleż o obcych z kosmosu, co o obcych, którzy tkwią w nas samych.

Udostępnij!

„Mniej” znaczy „więcej”

W dzień po reaktywacji blogu warto się wytłumaczyć. Warto się wytłumaczyć z drastycznej zmiany layoutu, z tego, dlaczego jest tak biało i dlaczego jeszcze tak wiele blogowi temu brakuje*.

„Mniej” znaczy „więcej”. Tą zasadą kieruję się już od ponad roku. Kierowałem się nią, przygotowując nowy layout strony głównej Granic. Kierowałem się nią, przygotowując projekt „Przebłysków” dla Adama Maniury. Kierowałem się nią, dostosowując gotowca, który leży u podstaw BytomInside.pl – strony fotograficznej, również Adama, której poświęcam ostatnio bardzo wiele czasu, a która wciąż wymaga dopracowania i uzupełnienia.

Kierowałem się tą zasadą – wreszcie – odświeżając wygląd własnego blogu, który ma być swego rodzaju wizytówką. Bo po co zamieszczać widżet z reklamami, który rocznie przynosi kilkadziesiąt złotych? Po co zaśmiecać stronę widżetem Facebooka, kiedy zainteresowani czytelnicy i tak na profil blogu dotrą? Po co prezentować własne zdjęcie, skoro znajomi i tak doskonale wiedzą, jak w danym momencie wyglądam, a nieznajomych nieprzesadnie to obchodzi? Ma być jasno, przejrzyście, czytelnie i z naciskiem na tekst. Tekst, który stać tu będzie na pierwszym miejscu. Tekst, który komentował będę zdecydowanie częściej niż dotychczas.

Czego Państwu i sobie serdecznie życzę.

 

* spolszczenie szablonu obiecuję przygotować w czasie mniej lub bardziej najbliższym

Udostępnij!

Spiesz się powoli!

gallo

Jeff Galloway to jedna z postaci, których miłośnikom biegania nie trzeba przedstawiać. To jeden z amerykańskich biegaczy, którzy najmocniej przyczynili się do popularyzacji dyscypliny sportu, która – także w Polsce – gromadzi coraz większe rzesze pasjonatów. Niejednokrotnie wygrywał ważne światowe biegi maratońskie, a udało mu się to dzięki metodzie, którą zastosować może każdy – nawet biegacz-amator. Metoda ta kładzie bowiem nacisk na odpoczynek już w trakcie biegu, poprzez zastosowanie regularnych przerw na marsz. Z drugiej strony Galloway podkreśla, że mniejsze znaczenie ma duży kilometraż w trakcie tygodnia, gdy każdemu brakuje czasu. O wiele ważniejszy jest jeden dłuższy bieg, stosowany co tydzień lub co dwa tygodnie, w zależności od obranego planu treningowego i docelowego dystansu w trakcie wyścigu.
Bieganie metodą Gallowaya to trening dla początkującego biegacza niejako „w pigułce”. Autor opisuje rewolucję, j
zniweczyć efekty wielomiesięcznego treningu. Galloway podpowiada, jak startować w zawodach powinien amator, a jak – doświadczony już zawodnik. Prezentuje także tabele, pomagające planować trening przed biegiem na poszczególnych dystansach i ukończeniu ich w określonych czasach, do półmaratonu włącznie. aka w zakresie biegania zaszła w drugiej połowie XX wieku. Następnie przechodzi do informacji bardziej konkretnych, opisując fizjologiczne podstawy treningu, planowanie poszczególnych biegów oraz dziennego i tygodniowego kilometrażu, jak również znaczenie prowadzenia dziennika biegania. Pisze też, jak biegać w czasie wielkich upałów czy jak przygotować się do biegania zimą, a informacje te są naprawdę ogromnie pomocne.

Książka Gallowaya stanowić będzie interesującą pomoc dla każdego, kto planuje kiedykolwiek – choćby dla własnej przyjemności – przystąpić do zawodów. Biegacz podkreśla, że nigdy nie należy przesadzać z szybkością i tempem – nadmierny nacisk na nie przekłada się bowiem przede wszystkim na ilość i częstotliwość kontuzji, które łatwo mogą
Ale Bieganie metodą Gallowaya to także dostrajanie – pracowanie nad techniczną stroną biegu, dołączenie do treningu ćwiczeń wzmacniających i uzupełniających, parę słów na temat motywacji, treningu mentalnego czy biegania dla kobiet. Autor opisuje też najczęstsze kontuzje, pomagając odróżnić – przynajmniej wstępnie – poważną kontuzję od tak zwanego przetrenowania i pokazując, jak z niektórymi problemami sobie radzić. Nie jest jednak Bieganie metodą Gallowaya poradnikiem dla lekarzy-amatorów. Galloway podkreśla, że w przypadku jakichkolwiek wątpliwości, nie należy polegać na własnych domysłach, lecz czym prędzej zgłosić się do lekarza. Opisuje także znaczenie pracy z dobrym trenerem, której nie zastąpi lektura nawet najlepszego poradnika.

Bieganie to nie tylko same treningi. To także odpowiednia dieta, pomagająca osiągnąć dobre wyniki w zawodach, a także sposób na… „wybieganie” tłuszczu. Dobre wyniki trudno osiągnąć bez odpowiedniego obuwia. I na te tematy biegacz zabiera głos, przedstawiając swoje opinie czy praktyczne porady. Mówi także o bieganiu dzieciaków i seniorów oraz prezentuje metodę oszacowania wyniku w zawodach, do których się właśnie przygotowujemy.

Galloway pisze w sposób przystępny i interesujący. Oczywiście, sporo tu tak charakterystycznych dla amerykańskich poradników motywacyjnych zwrotów do czytelnika, jednak maniera ta nie jest przesadnie irytująca. Jeff Galloway stawia raczej na konkrety. Oczywiście, nie wyczerpuje wszystkich tematów związanych z bieganiem. Oczywiście też jego książka nie zastąpi współpracy z trenerem zawodowcowi, jednak dla początkującego biegacza z pewnością stanie się bardzo pomocna.

Trudno mi, jako laikowi w sprawach sportu i człowiekowi, który biega amatorsko dopiero od paru lat, wypowiadać się na temat skuteczności metody treningowej Jeffa Gallowaya essayscaptain.com. Stosowanie jej nie przyniosło mi jak dotąd zdecydowanej poprawy wyników, o której pisze autor. Natomiast dało się zauważyć, że o wiele mniej mam już problemów z lżejszymi

czy poważniejszymi kontuzjami, z przetrenowaniem czy przemęczeniem. A o to mi – jako amatorowi, który do swojego pierwszego maratonu wciąż jeszcze się przygotowuje – przed lekturą poradnika Gallowaya chodziło.

Udostępnij!

Powrót króla

Do najnowszej książki Stephena Kinga „Dallas 63” podchodzić trzeba było z dużą dozą nieufności. Podróże w czasie – motyw oklepany jak sama literatura. Zamach na Kennedy’ego – temat ograny co najmniej tak samo, a przy tym tak do bólu „amerykański”, że polskiego czytelnika nie powinien interesować w najmniejszym stopniu. A jednak. A jednak tak zwany „mistrz horroru” po raz kolejny potrafi przykuć do lektury siedmiusetstronicowej „cegły”, nie mamiąc czytelnika bajkami o wielkiej sile miłości czy tanim happy endem.

Tak, „Dallas …” to powieść o podróży w przeszłość.  Nauczyciel literatury pewnego dnia zostaje zaproszony do odwiedzenia spiżarni.znajomego. Dziwną tę prośbę, mimo pewnych oporów, Jake Epping decyduje się spełnić. Jakież jest jego zdziwienie, gdy odkrywa, że poprzez przejście w spiżarni ma szansę przenieść się kilkadziesiąt lat wstecz. Może posmakować dawnego piwa, którego smak przewyższa współczesny wielokrotnie. Może poczuć ówczesną atmosferę i poznać żyjących wówczas ludzi. Może też wiele rzeczy zmienić. Może uchronić przed kalectwem swoich przyjaciół, może zabrać z sobą do współczesności pewne pamiątki. Może też poczekać kilka lat i spróbować odkryć prawdę o zamachu na Kennedy’ego. A może nawet będzie mógł zapobiec śmierci JFK? Tylko czy rzeczywiście świat stanie się wówczas lepszy? Jak w takim wypadku potoczy się historia? Pytania te będą z pewnością nurtować czytelników ostatniej powieści Kinga przez wiele godzin. I mimo pewnej przewidywalności, narzuconej tu przez konwencję, raczej żaden z czytelników poszukujących w literaturze rozrywki czy emocji od lektury nie powinien odejść zawiedziony.

Można powiedzieć, że jest w tej powieści wszystko, czego można oczekiwać od literatury popularnej. Jest sprawdzona konstrukcja – przede wszystkim. Jest nośny temat. Jest dobrze budowane napięcie, są bohaterowie, którym nie sposób nie sekundować. Bohaterowie nakreśleni interesująco, wiarygodni, prawdziwi. Bohaterowie, których poznamy naprawdę dobrze i z którymi naprawdę przykro będzie się rozstać. Jest też miłość i – niejednokrotnie – jest zaskoczenie. A to już naprawdę dużo jak na – było nie było – literaturę o charakterze nade wszystko rozrywkowym.

Oczywiście, nie może tu być mowy o pojmowanym tradycyjnie prawdopodobieństwie. Autor nie udaje, że przesadnie wgłębiał się w teorie poświęcone równoległym światom, w paradoksy, jakie przyszło już rozważać fizykom czy miłośnikom tematu. Zasłania się faktem, że jego bohaterowie to w gruncie rzeczy ludzie prości, których mechanizm podróży w czasie nie interesuje. Do czasu, kiedy odkryją konsekwencje swych działań.

Przy tym wszystkim wypada jednak pamiętać, że King próbuje tu mierzyć się z jednym z najbardziej żywych amerykańskich mitów, ze źródłem setek spiskowych teorii i tematem wiecznie gorącym. King usiłuje też moralizować, tłumaczyć mechanizmy historii, zadawać naprawdę ważne pytania. Dobrze, że udaje mu się uniknąć wielu mielizn, na których polegli pisarze wielcy. Źle – bo mimo wszystko nie wydaje się, by poza niezłą historią i sporą dozą dobrej rozrywki Stephen King miał w tej powieści czytelnikowi do zaproponowania coś więcej. Tego zdecydowanie szkoda.

Udostępnij!