13 articles Articles posted in Narzędzia

GalaxyTab: klawiatura ze stacją dokującą – pierwsze testy

galaxy

Jak pewnie niektórzy czytelnicy tego blogu wiedzą, w grudniu stałem się mniej lub bardziej szczęśliwym posiadaczem tabletu Samsung GalaxyTab. Póki co jestem przekonany, źe spośród dostępnych na rynku tabletów to najlepsze rozwiązanie do mobilnych rozwiązań w biznesie. Do tego stanu rzeczy przyczynia się wiele czynników – od rozmiarów (urządzenia dziesięciocalowe z mobilnością nie mają zupełnie nic wspólnego), przez klawiaturę Swype, aż po obsługę Flasha. Nie można było jednak ukrywać, że w niektórych sytuacjach klawiatura ekranowa nie zastąpi tradycyjnej, fizycznej. Dlatego po długich walkach i cierpieniach „dorobiłem się” również fizycznej klawiatury do swojego tabletu. Ten wpis przygotowuję w całości za jej pomocą, a już wkrótce postaram się przedstawić najważniejsze wrażenia z jej użytkowania.

Pierwsze odczucia? Jest malutka. Klawisze nie są wielkie, trafić w nie dość łatwo, choć poruszanie się po prawej części, ze znakami specjalnymi, strzałkami etc. może nastręczać pewnych trudności. Od razu widać też, że bardzo, bardzo brakuje prawego przycisku Alt – by wprowadzić polskie znaki, trzeba długo przytrzymać konkretny klawisz i na razie nie znalazłem dobrego rozwiązania tego problemu. Klawiatura jest dość ciężka, co przyczynia się jednak do zwiększenia jej stabilności. Siedząc na kanapie z wyciągniętymi do przodu nogami (prawdę powiedziawszy, to obok podróży pociągiem właśnie na zastosowaniach „kanapowych” najbardziej mi zależało), pracuje się na niej bardzo wygodnie. Ugięcie nóg bardzo komfort pracy zmniejsza, niestety. Co więcej? O tym przekonamy się wspólnie w najbliższym czasie.

Udostępnij!

Zamiast komputera?

tabletWe wszystkich recenzjach tabletów dostępnych w mediach tradycyjnych i elektronicznych znajdziemy setki informacji technicznych, poznamy szczegóły dotyczące funkcjonowania tych urządzeń, ale nie dowiemy się, do czego właściwie są nam one potrzebne. Nie dowiemy się, co to za urządzenia, jakie są ich strony mocne lub słabe i do czego właściwie mogą nam się przydać.

 

Co to jest tablet?

Tablet to urządzenie, które zdefiniował na nowo wypuszczony na rynek rok temu przez firmę Apple iPad. To urządzenie, które składa się przede wszystkim z płaskiego dotykowego ekranu. Jego wielkość może być rożna, najczęściej jednak oscyluje w granicach 7 – 10 cali. Posiada system operacyjny (najczęściej iOS lub Android), często – moduł WiFi, 3g, GPS, daje możliwość instalowania aplikacji. Dla zupełnych laików: to tabliczka z ekranem, która może tyle, ile komputer. Albo prawie tyle samo. Niegdyś tablet mógł być laptopem wyposażonym w ekran dotykowy – tak było choćby z moją ToshibąPortege, która służyła mi dzielnie przez wiele lat, a teraz wykorzystujemy ją głównie do celów związanych z rysunkiem i grafiką.

 

Po co nam tablety?

To zależy. Zależy od potrzeb, oczekiwań, zależy od urządzenia i użytkownika. Na pewno służą one do konsumpcji mediów – czytania prasy i e-booków, wertowania internetu, oglądania filmów i telewizji, słuchania muzyki. Służą też rozrywce – mogą okazać się przenośnymi konsolami do gier.

 

Tablet a produktywność

Mogą także tablety służyć do pracy i przyznaję, że był to główny argument podczas wyboru urządzenia w moim przypadku. Można za pomocą tabletu zarządzać swoim kalendarzem,  można czytać i odpowiadać na maile, można pisać teksty, odtwarzać i przygotowywać prezentacje multimedialne,  edytować arkusze kalkulacyjne. Można robić notatki, korzystać z komunikatorów (Skype!) A wszystko to w każdej chwili, w każdym miejscu i czasie.

 

Czy tablety są nam potrzebne?

Tu znów odpowiedź będzie brzmiała: to zależy. Na pewno trzeba zaznaczyć, że tablet da się zastąpić. Jeśli i tak wszędzie nosicie ze sobą laptopa, to z pewnością da on Wam większe możliwości. Tablet nigdy nie zastąpi wszystkich funkcji komputera. Na pewno jednak w wielu przypadkach okaże się wygodniejszy.

 

Największe zalety

Rozmiary. Tablety są znacznie mniejsze i cieńsze od laptopów czy nawet netbooków. Są bardziej mobilne, urządzenia o wielkości 7 cali spokojnie włożycie do kieszeni spodni (nie polecam), płaszcza lub marynarki. Włączają się błyskawicznie – są w zasadzie przez cały czas gotowe do pracy. Mają mocną baterię: 7-10 godzin pracy (dłużej przy wyłączonych WiFi i 3G, krócej przy intensywnym z nich korzystaniu). Są poręczne, wygodne, nie potrzebują masy urządzeń peryferyjnych do wygodnego z nich korzystania. Są niemal idealne jeśli chodzi o czytanie e-booków i gazet, choć bardziej korzystne dla oczu jest korzystanie z czytników opartych na technologii e-papieru.

 

Największe wady:

Cena. Nawet najtańszy tablet droższy jest niż popularne netbooki.  Poza tym programów, których używasz na komputerze, nie zainstalujesz na tablecie. Są oczywiście ich odpowiedniki, ale o pełnym zastąpieniu choćby popularnego Photoshopa można na razie zapomnieć. Tablet to raczej uzupełnienie komputera niż sposób na jego zastąpienie. Chociaż, w niektórych przypadkach…

 

Tekst stanowi pierwszą część cyklu, który ukazywał się będzie na łamach NoBooks.pl

Udostępnij!

Woblink z perspektywami

woblinkAplikacja Woblink ma szansę zrewolucjonizować rynek e-książki w Polsce. By tak się stało, najważniejsze są jednak błyskawiczne tempo rozwoju, poszerzenie oferty i… wyeliminowanie wszystkich błędów.

 

Przede wszystkim: Woblink to nazwa platformy stworzonej przez kilku wydawców, nieszczególnie zadowolonych z dotychczasowej oferty polskich e-księgarni, a zarazem nazwa aplikacji na platformę iOS (iPhone, iPad), a od niedawna również dla Androida, umożliwiającej czytanie e-booków. Prawdopodobnie powstała ona dzięki czyjejś zdolności przewidywania – jednorazowy wydatek na stworzenie własnego ekosystemu jest wprawdzie dość wysoki, ale w ostatecznym rozrachunku okazuje się bardziej opłacalny niż odprowadzanie prowizji rzędu 30-50 procent od każdego sprzedanego e-booka. Oczywiście, tylko o ile platformie własnej uda się odnieść sukces. A na to Woblink ma chyba największe szanse na rynku.

 

Dlaczego? Przede wszystkim: z uwagi na błyskawiczny rozwój platformy. Kiedy Woblink debiutował na rynku, piekliłem się, że dostępny jest tylko na „jedyną słuszną” platformę iOS. Zapewniano mnie, że już w lutym udostępniona zostanie również wersja dla Androida, natomiast Windows Mobile zostanie na razie pominięty – system ten rozwija się po prostu za wolno i nie jest w Polsce popularny – inwestycja w aplikację mogłaby się więc zwyczajnie nie zwrócić.

 

Większość komentatorów myślała wówczas, że zapowiedzi to piękne, lecz wyjdzie – jak zwykle: po pierwszych zapowiedziach, gdy wydawcy zorientują się, że ze sprzedażą ich książek słodko nie jest (rynek e-booków raczkuje u nas i warto o tym pamiętać, biorąc także pod uwagę fakt, że platforma iOS jest dość droga i skierowana przede wszystkim do dość specyficznego grona użytkowników) rozwój zostanie wstrzymany. Stało się jednak inaczej.

 

Nie popełnił Woblink błędu eClicto: nie dokonał zamknięcia się w jednej, hermetycznej platformie, najlepiej – z niczym niekompatybilnej. W przypadku eClicto ze wszystkim za długo zwlekano, za dużo mówiono, za mało robiono. I było po prostu za drogo.

 

Właśnie: ceny. Nie wiem, jak wygląda prowizja księgarni, ale polityka cenowa do mnie po prostu przemawia. Owszem, znajdziemy w Woblinku tytuły bardzo drogie, których cena zbliżona jest do najniższych internetowych cen wydania tradycyjnego, ale gros tytułów jest po prostu tanich. A bywa, że są to bestsellery. Przykład? Nowa książka Erica-Emmanuela Schmitta „Trucicielka i inne opowiadania” za 19,99 zł. Bestsellerowe dzieło historyczne „Wytropić Eichmanna” czy wspomnienia Wojciecha Manna „Rockmann…” za 24,90 zł, książka „Stateczna i postrzelona”, której autorką jest popularna ogromnie Monika Szwaja, za 23,90 zł… A oprócz tego – sporo „staroci”, jak choćby „Lód” Sorokina za 13,90 zł. Krótko mówiąc: jest dobrze, choć zdarza się i przesada w przeciwną stronę. Wydawnictwo W.A.B. wychodzi z niegłupiego założenia, że za wygodę się płaci i oferuje wiele swoich książek za cenę zbliżoną do rynkowej. Tyle, że takie założenie w przypadku wielu „czytadeł”, do których czytelnik raczej już nie wróci, stanowi nielekką przesadę. Z drugiej strony: fani Woblinku otrzymują na Facebooku informacje na temat najnowszych promocji i warto je śledzić, można bowiem trafić na naprawdę smakowite „kąski” w ogromnie atrakcyjnych cenach.

 

Woblink jest w pewnym stopniu „dzieckiem” samych wydawców, można więc liczyć na to, że będą oni o to przedsięwzięcie dbać. Tym bardziej, że w najbliższych tygodniach spodziewałbym się naprawdę przyjemnych wzrostów – popularność Androida w Polsce, również za sprawą „złotówkowych promocji” naprawdę niezłych urządzeń między innymi w Playu, powinna wywrzeć odpowiedni wpływ. Najlepiej by było dogadać się z operatorami, by preinstalowali na wybranych urządzeniach – choćby na GalaxyTabie – aplikację Woblink, z darmowymi fragmentami albo i jedną czy dwiema książkami w całości. Pomysłów można by w tym miejscu rzucić miliony, ale ważne, by informacja o Woblinku dotarła do przeciętnego użytkownika komórki i by miał on na czym wygodę aplikacji sprawdzić. I nie, „Antygona” po temu nie wystarczy.

 

Do zrobienia jest niemal równie wiele, od wspomnianych działań promocyjnych poczynając. Następny krok to wyeliminowanie wykrytych w androidowej aplikacji błędów – w chwili obecnej na przykład przejście do kolejnego rozdziału bez wyłączenia aplikacji jest na niektórych urządzeniach i przy niektórych książkach niemożliwe. Wprowadzenie przypomnienia o założeniu konta. Dorzucenie płatności wewnątrz aplikacji (obecnie trzeba do tego celu skorzystać z przeglądarki). I stałe usprawnianie (ja na przykład byłbym szczęśliwy, gdyby zakładki również były synchronizowane), dorzucanie kolejnych funkcji, praca nad szybkością ładowania niektórych książek. Poszerzanie oferty, nie bacząc na fakt, iż może to spowodować większą konkurencję wobec własnych tytułów. Bo klient, jeśli nie znajdzie u nas swojego produktu, ucieknie do konkurencji. Skąd wcale nie musi wrócić. Potrzebna jest możliwość przeglądania sklepu i dokonywania zakupów z poziomu komputera. Wersja przeglądarkowa i/lub aplikacja na Windowsa, Linuksa oraz MacOS. To wszystko drobnostki, które jednak mogą ewentualny sukces Woblinku mocno przyspieszyć.

 

Ukoronowaniem całego procesu mogłaby być aplikacja na czytniki oparte na e-papierze lub wprowadzenie własnego czytnika e-booków pod marką Woblinku. Choć sam raczej nie zdecydowałbym się na jego zakup – potrzebuję urządzenia bardziej uniwersalnego i tablet uważam za zdecydowanie lepszy wybór – przyznaję, że e-papier zapewnia niesamowitą wygodę czytania, a przy tym z tygodnia na tydzień tanieje. Tu znowu kłania się odpowiednia polityka – oferta ratalna lub zniżki w cenie czytnika w zamian za zakup abonamentu przez użytkownika… Zarządzam zupełnie inną firmą, ale widzę, jak wielki jest potencjał Woblinku. Teraz najważniejszą jest sprawą, by potencjał ten wykorzystać. Tym bardziej, że to naprawdę rzecz możliwa do zrealizowania.

 

Woblink jest w chwili obecnej największą chyba nadzieją e-booków w Polsce. Spełnia wszelkie wymogi, konieczne do osiągnięcia sukcesu. Widać, że w firmie pracują ludzie młodzi, znający się na rzeczy, pasjonaci. To oni mają szansę, by na polskim rynku książki mocno zamieszać. By trochę u nas „przewietrzyć”. Czego, w zasadzie, i Państwu, i sobie, gorąco życzę.

 

 

Udostępnij!

The Big G.

 BookatoreGoogle z jednej strony pełni rolę swego rodzaju „straszaka” na nieostrożnych, „Wielkiego Brata”, za którego sprawą „spisane będą czyny i rozmowy” i nic, co napiszemy lub zrobimy w sieci, nie zostanie zapomniane. Z drugiej jednak strony – produkty tej firmy od lat bywają głównym motorem zmian technologicznych w sieci i nie tylko. Rynek książki elektronicznej od dawna na takie zmiany czeka. A za sprawą Google Ebookstore istnieje ogromna szansa, by w końcu one zaistniały.

Kiedy zobaczyliśmy, jak szybko rośnie pojemność kont mailowych od Google, wiele osób pukało się w głowę, twierdząc, że tego się nie da utrzymać. Że wcześniej czy póżniej Google będzie musiało wycofać się z szumnych zapowiedzi i ilość miejsca ograniczyć. Dziś na jego serwerach każdy z nas może mieć już ponad 7 GB miejsca, choć nikt nie dołącza do naszych maili tekstów reklamowych w stopce, jak często czynią to rodzime serwisy. To za sprawą darmowych (choć posiadających wiele wad) GoogleDocs Microsoft zdecydował się opublikować bezpłatny edytor tekstu dostępny „w chmurze” (działający, skądinąd, wolniej niż produkt Google). To dzięki Google możemy na naszych komórkach czy tabletach z Androidem przeglądać wszystkie strony internetowe bez ograniczeń wynikających z niemożności obsłużenia technologii Flash, gdy wielka wojna wytoczona jej przez Apple Steve’a Jobsa, mająca doprowadzić do wyrugowania Flasha z sieci, doprowadziła tylko do wprowadzenia go do ekosystemu Apple niejako „tylnymi drzwiami” – jako elementu wbudowanego w jedną z przeglądarek. Przykłady można by mnożyć, te wymienione jednak przeze mnie powinny być dla przeciętnego internauty najbardziej znaczące i widoczne.

Rozwijając inne swe produkty, Google postanowiło wkroczyć na skostniały i dręczony dziesiątkami problemów rynek książki. Pierwsze kroki firmy przypominały nieco radosne pląsy słonia w składzie porcelany – skanowanie i wprowadzanie do bazy danych kolejnych tytułów, informacje związane z zapowiadanym uruchomieniem GoogleEditions spowodowały nade wszystko zmasowany protest wydawców i ogromny niepokój w branży księgarskiej. Doskonałym przykładem tego był fakt, że nawet w Polsce, wydawałoby się – całkowicie na razie bezpiecznej od działań Wielkiego Brata z uwagi na niewielkie rozmiary naszego rynku w porównaniu z krajami anglosaskimi, odbywało się wiele szkoleń, spotkań, sympozjów i konferencji poświęconych inicjatywie Google, jej podstawom prawnym i sposobom „obrony” przed działaniami giganta z Mountain View. Co znaczące: raczej nie mówiono o tym, jak przedsięwzięcie wykorzystać, bo też nie było wiadomo o nim zbyt wiele. Wszyscy wiedzieli tylko, że Google na potęgę skanuje książki i zaraz je nam ukradnie. A wszystkie zasoby udostępni bezpłatnie, na czym wszyscy stracimy. Sens wielu spośród tych spotkań zaczynał się na honorarium dla prelegenta / organizatora. I, niestety, na nim też się kończył. Momentami można było odnieść wrażenie, że cały świat marzy o tym, by zdobyć książki Grocholi, zachwycać się Markiem Krajewskim, zaś Masłowska miałaby być pisarką tak poczytną, jak Paulo Coelho. Oczywiście polską literaturą cały świat zachwyciłby się w oryginale, w wyniku czego nasz język stałby się nowym angielskim…

Po pierwszym szumie medialnym nastąpiła długa cisza. Skupiliśmy się na tym, co robi konkurencja, zastanawialiśmy się, jak się sprzedaje Kindle, w Polsce trochę narzekaliśmy na eClicto, nie zachwyciło nas Oyo. I nagle, w okresie przedświątecznym, właściwie bez wcześniejszych zapowiedzi, startuje księgarnia Google’a. Nie, nie Editions. Google eBookstore.

Podstawowe założenie, którym gigant z Mountain View się szczyci, jest bardzo słuszne. Nie ma znaczenia platforma, urządzenie, system operacyjny. Logujesz się po prostu do swojego konta Google i… masz! Pełny, właściwie nieograniczony dostęp przez specjalną aplikację (wyglądającą, jak na Google, zaskakująco dobrze) lub przez przeglądarkę. W domu czytasz na tablecie, w pracy przerywasz, by na komputerze przeczytać rozdzialik. W tramwaju pomoże Ci komórka. A jeśli masz czytnik e-booków – nic prostszego, i tu Google pomoże. Koniec z problemami z dostępnością e-booka w danym formacie na konkretnym urządzeniu. Owszem, na razie e-książki od Google czytać możemy tylko na dwóch czytnikach, ale wszyscy wiemy, że… to Google. A tej marce naprawdę trudno się oprzeć. W najbliższym czasie należy się więc spodziewać aplikacji, wtyczek, aktualizacji, umożliwiających korzystanie z dobrodziejstw Google’a na kolejnych urządzeniach. Możecie być pewni – będziecie następni! Szykujcie się więc na całkiem spory technologiczny skok. Nadciąga czas chmury.

Jest jednakże i łyżka dziegdziu w tym morzu miodu. Otóż na razie przez aplikację do czytania e-książek nie możemy kupić ani wyszukać nowości dostępnych w ofercie Google eBookstore. Opcja wyszukiwania przenosi nas do przeglądarki mobilnej, która załatwia za nas całą sprawę.

Druga sprawa – w przeglądarce mobilnej czytać e-booki od Google’a nie jest łatwo. Część nie wyświetla się poprawnie, część ma problemy z przelewaniem tekstu. Dodatkowo poważnym problemem jest fakt, że na razie e-booków nie kupimy poza terytorium USA – gigant z Mountain View chyba tak bardzo chciał wystartować przed Bożym Narodzeniem, że na niektóre formalności po prostu zabrakło mu czasu. To jednak musi się szybko zmienić, bo trudno, by biznesmen opuszczający USA pamiętał, że przed wylotem musi zaopatrzyć się w wystarczającą ilość e-książek

Niektórym pewnie brakować też będzie wersji odpowiedniej aplikacji na mobilne Windows 7. To jednak, jako się rzekło, przede wszystkim kwestia czasu.

Pytanie najważniejsze – co właściwie zmieni obecność Google na rynku e-książki? Nic. I wszystko zarazem. Ale o tym już może w kolejnym odcinku.

Udostępnij!

Krótki lament po Courierze

…dla wszystkich, którzy nie do końca wiedzą, o co chodzi: mam tu na myśli cudowne urządzenie Microsoftu – tablet dla specjalistów, coś w rodzaju połączenia organizera z narzędziem dla przedstawicieli zawodów kreatywnych. Kilka miesięcy temu gigant z Redmond wypuścił ciekawe filmy promocyjne, które z miejsca zachwyciły zarówno Wojtka – Granicowego admina, twórcy i właściciela, jak i mnie. Żaden z nas nie wierzył wprawdzie, że będzie to zabójca iPada, tablet dla mas, natomiast uznaliśmy, że Courier może być narzędziem idealnym dla nas – podręcznym, łatwym do zintegrowania z laptopem, komputerem stacjonarnym, smartfonem z Windows Mobile i Bóg wie, z czym jeszcze. Narzędziem naprawdę funkcjonalnym, efektownym i – na koniec, choć to rzecz dla „gadżeciarzy” nie najmniej ważna – zwyczajnie ładnym.

Narzędziem – to słowo wydawało mi się kluczowe. Wszystkie dotąd zaprezentowane tablety, iPady, iPad-killery i inne cuda wydawały się bowiem zabawkami. Przyjemnymi gadżetami do przeglądania internetu, paru gier (których i tak raczej nie używam) i… w zasadzie to tyle. Niestety, do pracy toto się nie nadawało. Courier miał służyć do zarządzania czasem, projektami (znacie może jakieś cudowne programy nadające się do tego celu?), umożliwić robienie notatek, odpisanie na maile, może – skrobnięcie krótszej notki na blog czy wpisu do mikroblogu.

Jego dodatkową zaletą wydawał się zainstalowany na pokładzie Windows, który, choć jest najgorszym z możliwych systemów, jest zarazem za sprawą swej powszechności systemem jedynym słusznym. Gwarantowało to, że każdy program, którego używamy do pracy, będzie można z większą lub mniejszą pewnością i stabilnością działania uruchomić na Courierze. Przyzwyczajony jestem do wożenia wszędzie ze sobą całego „małego” biura w postaci swojego tabletu-hybrydy i dysku przenośnego – mniejszy i bardziej poręczny Courier mógłby mi je zastąpić, a przy tym byłaby szansa, że po wyciągnięciu urządzenia w tramwaju nie zostałbym natychmiast ogłuszony, oskalpowany, pozbawiony torby i przywiązany nago do linii wysokiego napięcia, gdy grupa kloszardów tańczyłaby wokół taniec błyskawic.

Krótko mówiąc: prezentacje Microsoftu przekonały mnie, że takie urządzenie mogłoby mi się przydać i gdyby funkcjonowało choć w 70% tak dobrze, jak pokazywały to filmy, zapewne dość szybko trafiłoby ono w moje ręce.

Niestety, parę dni temu Microsoft ogłosił:
At any given time, across any of our business groups, there are new ideas being investigated, tested, and incubated. It’s in Microsoft’s DNA to continually develop and incubate new technologies to foster productivity and creativity. The „Courier” project is an example of this type of effort and its technologies will be evaluated for use in future Microsoft offerings, but we have no plans to build such a device at this time.

Dla leniwych: znaczy to mniej więcej tyle, że w firmie tej powstaje wiele nowych pomysłów, a Courier był jednym z nich, jednak obecnie Microsoft nie planuje i nie planowało jego skonstruowania. Tłumaczenie to idiotyczne, bo po kiego grzyba było przygotowywać naprawdę efektowne animacje i udostępniać je internautom, jeśli nie po to, by wywołać szum wokół swojego produktu? Wygląda na to, że po prostu badania wykazały, iż użytkownicy nie są zainteresowani narzędziem do pracy. Woli się drogą, ładnie wyglądającą zabawkę, niż urządzenie naprawdę funkcjonalne.

Albo – co niemal równie prawdopodobne – nie dałoby się zapewnić takiej, jak zaprezentowana, funkcjonalności Couriera. Wiele razy bywało już tak, że zapowiedzi i prezentacje Microsoftu sprawiały naprawdę dobre wrażenie, a to, co później otrzymywaliśmy, kompletnie do nich nie przystawało.

Wygląda więc na to, że chyba nieprędko przyjdzie mi zrezygnować z korzystania ze starej, dobrej "Tosi"

Chyba, że wkrótce Microsoft nas zaskoczy i pokaże coś jeszcze ciekawszego. Że chce wywołać rozczarowanie, by potem zafundować nam naprawdę mocne uderzenie. Że cała ta zabawa z Courierem była jedynie próbą zmylenia przeciwnika, sprowadzenia konkurencji na drogę kompletnie błędnych domysłów odnośnie do tego, nad czym specjaliści z Redmond pracują. Wycofanie się z planów wprowadzenia na rynek dwóch najbardziej oczekiwanych produktów z segmentu tabletów (obok Couriera zrezygnowano również z produkcji HP Slate – rzekomo z powodu problemów ze zgraniem systemu Windows 7 z urządzeniami typu tablet) pokazuje, że na razie iPad nie będzie miał żadnej konkurencji. Nie wierzę, by pozostałe korporacje pozwoliły Apple „pozamiatać” na tym polu. Ale zarazem kompletnie nie mam pomysłu, czego tak naprawdę możemy się spodziewać.

Pewien jestem tylko tego, że nieprędko przyjdzie mi zrezygnować z mojej „Tosi” i przesiąść się na inne, nowsze urządzenie. I dobrze, bo – jak wiadomo – lepsze może okazać się wrogiem dobrego.

Udostępnij!

iPad ante portas?

Tyle już wody polano, tyle autorytetów i „autorytetów” opowiadało o nowym produkcie Apple’a, nigdy nie mając do niego dostępu, że moje trzy grosze wydają się tu całkowicie zbędne. A jednak nie mogę się powstrzymać. Bo – czy ktoś jest Apple’owskim fan bojem (co za koszmarne słowo, swoją drogą), czy też niepoprawnym „lamerem” i miłośnikiem „okien”, czy człowiekiem chorym na punkcie Linuxa – każdy chyba oczekiwał rewolucji. Otrzymaliśmy dobry produkt. Rewolucji – ni ma. Czy mogła być? Nie wiem.

Wideo

Nie jestem specjalistą, niewiele mówią do mnie technikalia. Mam za to dość zdrowego rozsądku, by nie wierzyć w to, że urządzenie, które obsługujemy, za przeproszeniem, paluchami, jest tak cudowne, że kiedy po dwóch godzinach „palcowania” włączymy sobie film, nie zauważymy żadnej smugi, żadnego zabrudzenia, ewentualnie – że będzie je bardzo łatwo usunąć i oglądać doskonały film w najwyższej jakości na idealnie czystym ekranie. Owszem, pewnie iPad sprawdzi się, kiedy w pociągu będziemy chcieli „zabić” trochę czasu – ale czy będą to „zupełnie nowe doznania” i „rewelacja” – jak deklarują twórcy? Wątpię.

Gazety i książki…

Wielu wierzyło w to, że Apple zrewolucjonizuje dostęp do książek i gazet. Znakomity Przemysław Pająk pisał o możliwości zrewolucjonizowania dostępu do mediów – przede wszystkim na świecie (link: http://www.przemekspider.com/2010/01/tabet-konsumpcja-mediow-gupcze.html). Mówiono o możliwości stworzenia sklepu z książkami i gazetami na skalę iTunes. Sklep i dostęp do książek, owszem, jest, bardzo dobrze, że w nowoczesnym i bardzo dobrym formacie ePub (ciekawe jeszcze, czy i jak będą te e-booki zabezpieczane i czy będzie możliwe korzystanie z nich na urządzeniach spoza „stajni” Apple?), ale to nadal nic rewolucyjnego. Materiały filmowe i animacje można już zamieszczać w ebookach – na przykład dzięki rozwiązaniom Adobe’a. Polskiego odbiorcę boleć będzie dodatkowo fakt, że nawet pliki zabezpieczone Adobe Digital Editions na Macintoshach wyświetlają się niepoprawnie i na razie, o ile wiem, nie widać światełka w tunelu. Nie wiemy, jak iPad radził sobie będzie z obsługą e-booków już dostępnych na rynku w różnych formatach. Krótko mówiąc – nadal mamy więcej pytań niż odpowiedzi i chyba tak pozostanie – przynajmniej do momentu, kiedy produkt ten na dobre zagości na rynku.

To nie e-papier…

…czyli iPad będzie miał dokładnie te same wady, co tablety i netbooki innych firm – będzie rzekomo niektórym męczył oczy (ja po 12 godzinach pracy na starej, dobrej Toshibie bólu oczu jakoś nie widzę, o czuciu nie wspominając). Jaka więc będzie różnica między czytaniem na tablecie Apple a czytaniem na jakimkolwiek innym komputerze? Wygoda? Być może. Szpan? Na pewno. Ale czy to wystarczy, by wydać 500-900 dolarów? I czy nie lepiej po prostu w podróży czytać na iPhonie? Względnie – na jakimkolwiek innym smartfonie z WM czy Androidem? A jeśli ktoś potrzebuje większego ekranu, wyjmie netbook, laptop albo jakikolwiek inny tablet… I co, nie da sobie rady?

Ja, ja, das ist lepsza cena!

Fakt. Cena jest niezmiernie atrakcyjna. 499 dolarów za wersję najtańszą quasi-komputera / iPhone’a-plus to w historii Apple’a, który – przynajmniej u nas – kojarzy się z naprawdę wysokimi cenami – rewolucja. W Stanach dodatkowo dość tania oferta Internetu mobilnego z pewnością przyciągnie jeszcze więcej klientów. Tyle, że aby z sieci korzystać, trzeba będzie dopłacić – i do ceny samego produktu, i poprzez wnoszenie comiesięcznej opłaty.

Potencjał aplikacji

Tu tkwi prawdziwa siła urządzenia Apple’a. Wszyscy wiemy o tysiącach aplikacji dostępnych w AppStore i wszyscy wiemy, jak niektóre z nich ułatwiają życie. Tanie, użyteczne, ogromnie sprawne – faktycznie mogą okazać się dużą siłą nowego urządzenia. To właśnie aplikacje tworzone pod iPad mogą zrewolucjonizować rynek prasy, mediów czy e-booków. Choć czy tak się stanie i w jaki sposób mogłyby one tego dokonać – jeszcze nie wiemy.

Gdybanie…

… tym właśnie więc są obecnie jakiekolwiek oceny nowego urządzenia, jakiekolwiek prognozy dotyczące jego sukcesu czy porażki. Sam skłonny jestem przyznać, że iPad ma szansę odnieść wielki sukces, ale… raczej bym go nie kupił. Uwielbiam gadżety, ale pieniądze wydaję przede wszystkim na urządzenia, które potrzebne mi są do pracy. Nie wyobrażam sobie telefonu (tak, próbowałem przez pół roku) bez klawiatury, nie wyobrażam sobie laptopa, netbooka czy tabletu bez klawiatury. Przykro mi – tego rodzaju urządzenie w mojej codziennej pracy służy mi głównie do pisania. A nawet najlepsza „wirtualna” klawiatura raczej precyzją klawiaturze tradycyjnej nie dorówna – nie wspominając o ergonomiczności, wygodzie użytkowania, możliwości podparcia ręki… i tysiącu innych aspektów. Nie przekonuje mnie możliwa do dokupienia klawiatura, nie przekonuje mnie „podstawka” – po prostu dlatego, że urządzenie traci wówczas niemal wszystko ze swojej mobilności, która jest największą chyba zaletą. Wolę więc rozwiązanie zastosowane w mojej Toshibie (Portege R300) – ekran, który może zostać odpowiednio obrócony i stanie się wówczas ekranem dotykowym, faktycznie, bardzo wygodnym podczas lektury egazet i ebooków, nawet w tak nieciekawej aplikacji, jak… eGazety. Owszem, przydałoby się, aby „mój” producent zadbał o to, by ekran można było również obsługiwać palcami, choćby po to, by wygodniej było wówczas wprowadzać dane i robić notatki na marginesach (można czynić to piórkiem, ale nie wówczas, gdy chce się, by inni odczytali to, o czym piszemy, zaś obsługa ekranowej klawiatury piórkiem to jednak pomyłka) – nie wątpię jednak, że dostosowanie się do preferencji klientów to tylko kwestia czasu. Podobnie jak zwiększenie wytrzymałości baterii i jeszcze skuteczniejsze uczynienie tabletu cienkim.

Potencjał szpanu, czyli dlaczego nie kupię iPada?

Mam taką dziwną zasadę, że urządzenie, z którego korzystam, nie może mnie w najmniejszym stopniu ograniczać. Musi być faktycznie maksymalnie dostosowane do moich potrzeb. Musi „potrafić” zgrać się z innymi moimi urządzeniami. Musi zarazem być samowystarczalne. Nie kupię więc iPada, chociaż przyznaję, że to znakomita, bardzo udana, atrakcyjna, kusząca, elegancka, „szpanerska”, piękna… zabawka. Nie kupię jej, chociaż jestem poruszony jej innowacyjnością i choć kusi mnie stosunkowo niską ceną. Nie kupię, mimo medialnego szaleństwa na jego punkcie. Nie kupię, chociaż zwyczajnie i po ludzku iPad mi się podoba. Bo jednak to tylko zabawka. Zabawka – choć nadal nie mogę wyjść z podziwu, jak wspaniała! Ale po zespole Steve’a Jobbsa nie można się było spodziewać niczego mniej.

PS Na koniec jeszcze dwie refleksje. Na spokojnie przejrzałem raz jeszcze wszelkie możliwe prezentacje i dostrzegłem, że urządzenie Apple’a nie obsługuje wielozadaniowości. No to, proszę Państwa, mamy problem. Bo urządzenie to potrafi mniej niż proste czytniki e-booków, które pozwalają puścić sobie muzykę i spokojnie oddać się lekturze. Nie ma kamery, co z miejsca daje -30 do szpanu, jak mawiają miłośnicy RPG. I obsługa dotykowa nie działa tak sprawnie, jak chciałaby tego większość użytkowników – to jednak pewnie tylko kwestia przyzwyczajenia, wprawy. Zobaczymy, co przyniosą kolejne dni. I co tak naprawdę dostaniemy do rąk już za 2 miesiące.

Udostępnij!

MyTribe – wszystko w jednym czyli jak zostałem XXX

mytribemytribe

Dobrze, że mamy w końcu aplikację, która pozwala połączyć najpopularniejsze serwisy mikroblogowe, serwisy społecznościowe, platformy blogowe i komunikatory. Gdyby ktoś zorientowany nie był – to stworzony na zlecenie Onetu MyTribe. Aplikacja ma jedną wadę: nie działa. A przynajmniej działa z masą błędów, spośród których części – i to jest najgorsze – nie widzimy. Może to wina faktu, że całość jest wczesną betą, ale jeśli komunikator, którym nade wszystko jest MyTrib, czasami nie dostarcza niektórych wiadomości, nawet o tym nie informując… no to, proszę Państwa, mamy problem.

Świetny pomysł…

Przede wszystkim: stworzenie tego rodzaju aplikacji było pomysłem znakomitym, by nie rzec: koniecznym. Nie wiem wprawdzie, czy bardziej potrzebują jej osoby w branży IT pracujące i stąd korzystające z dziesiątek różnych komunikatorów, serwisów, platform blogowych, czy też zwykli użytkownicy, korzystający z Blipa, Flakera, GaduGadu, Twittera, Naszej Klasy, Facebooka i Bóg wie, z czego jeszcze. Wersje dla różnych użytkowników należałoby bowiem przygotowywać w sposób nieco odmienny, ale to rzecz, powiedzmy drugorzędna.

Założenia więc są piękne. Założenie konta i jego konfiguracja – banalnie proste. Instalacja programu – takoż. Całość z naszymi kontami w poszczególnych serwisach łączy się szybko, choć użytkownicy donoszą, że następnie system informuje o różnych błędach. Mnie na przykład program informuje o błędzie połączenia z Facebookiem, przez co nie mogę pobierać na komunikator statusów i informacji z tego serwisu. Podobno bywają podobne problemy z Gmailem.

Miłe złego początki

Zacznijmy od podstawowej funkcji – jak sprawdza się MyTribe jako komunikator? Wydaje się, że dość przyzwoicie. Lista kontaktów jest stosunkowo czytelna, choć może nazbyt rozmyta. Domyślnie program wyświetla wszystkie kontakty na jednej liście – dopiero po kliknięciu napisu Sieci w dolnej części okienka zostaną one uszeregowane zgodnie z siecią / programem, do których należą i będziemy widzieli, czy mamy do czynienia z kontaktami GoogleChatu, GG, MyTribe, czy jeszcze innego dziadostwa. Status ustawić łatwo, ale trzeba uważać – zanim cokolwiek zmienimy, powinnismy kliknąć w przycisk „ustaw opis dla”, by oznaczyć, do jakich serwisów wysyłana będzie domyślnie informacja o naszej aktywności bądź nieaktywności. Bo może się zdarzyć, że status ustawiany w GaduGadu jako prywatny, skierowany do znajomych, „pójdzie” też na Twittera, albo status z Facebooka – na GaduGadu. Obsługa statusów początkowo może wydawać się dość skomplikowana, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Schody zaczynają się, gdy zaczynamy korzystać z komunikatora. Wysłać wiadomość do znajomych z GaduGadu raczej się da –zwykle moje wiadomości docierały. Ale jeśli komuś z GG wyślemy jakikolwiek link, to nawet jeśli będziemy na jego liście znajomych, otrzyma on komunikat:

UWAGA: W trosce o bezpieczeństwo, w wiadomości od Nieznajomych podejrzane treści zastąpiono ciągiem „[xxxxx]”. Jeśli chcesz otrzymywać od Nieznajomego kompletne wiadomości – dodaj go do swoich kontaktów.

Treść wiadomości:

[xxxxx]

MyTribe kradnie…

… na szczęście: tylko wiadomości. Śmiesznie może być, jeżeli do nas odezwie się ktoś z GaduGadu. Jeśli nie będziemy mieli akurat otwartego okienka konwersacji z nim, otrzymamy powiadomienie o otrzymaniu wiadomości, ale jej treści już nie zobaczymy. W dodatku powiadomienie o otrzymaniu wiadomości szybko zniknie i nie zostanie po niej żaden ślad.

Google Talk. Próbowałem wysłać wiadomość do trójki przyjaciół. Wysyłała się, owszem. Tyle, że żadne z nich jej nie otrzymało, ja również nie otrzymałem komunikatu zwrotnego o błędzie. Raz udało mi się wysłać wiadomość do własnego ojca i odbyć z nim krótką rozmowę. Tekstową oczywiście. Raz na cztery próby. Obsługi protokołów innych komunikatorów nie testowałem – po prostu ich nie używam, ale wszystkim sugeruję daleko idącą ostrożność.

Domyślnie rozmowy otwierają się jako kolejne zakładki tego samego okna, choć można to zmienić w ustawieniach. Taka propozycja byłaby bardzo wygodna, gdyby nie jeden szkopuł – wiem, że mam małe problemy z kontrastem na monitorze, ale praktycznie nie widziałem linii oddzielających poszczególne „zakładki” okna komunikatora. To – delikatnie mówiąc – niekorzystne.

Co jest „społeczność„?

Przejdźmy do społeczności. I tu widać pierwszą niekonsekwencję: trafiły tu, owszem, Nasza Klasa i Facebook, ale na liście znalazł się także Twitter, gdy już Blip odnajdujemy wśród blogów. Bałagan? Delikatnie mówiąc.

Jak to działa? Z Facebookiem komunikator nie łączy się, więc nie otrzymuję żadnych powiadomień, z Naszej Klasy na komunikator nie otrzymałem przez cały dzień żadnej informacji. Zabawnie zrobiło się przy Twitterze – bywało, że jeden wpis na cudzym mikroblogu system wyświetlał mi kilka razy. Wyglądało to tak, jakby wszyscy naokoło – łącznie ze mną spamowali na potęgę, wyswietlając ciągle tę samą informację. Nie można kliknąć w link w cudzym wpisie na mikroblogu – po dwukrotnym kliknięciu przechodzi się najpierw do otwieranego w nowym oknie serwisu Twitter i dopiero tam można kliknąć w link.

Wbudowana „przeglądarka”

Właśnie – nowe okno. MyTribe posiada wbudowaną w komunikator przeglądarkę internetową. Hmmm, może raczej należałoby napisać „przeglądarkę”. Działa ona wprawdzie dość szybko, ale przełączać się można tylko pomiędzy kartami ze skonfigurowanymi przez nas serwisami społecznościowymi. Nie ma w ogóle pola, w które moglibyśmy wpisać adres strony internetowej, na którą chcemy przejść, a przyciski „wstecz” i „dalej” są po prostu mikroskopijne. Nie ma możliwości otwarcia nowej karty. Kiedy ktoś na blipie czy twitterze zamieści link, możemy wyjść z serwisu i przejść na przykład na cudzy blog, problem zaczyna się, gdy chcemy wrócić. Trzeba bowiem wówczas klikać „wstecz” do zakichanej śmierci, ewentualnie: uruchomić ponownie aplikację, co też nie zawsze działa.

Twórcy nie pomyśleli też o tym, by umożliwić sprawne twittowanie z poziomu komunikatora – trzeba najpierw kliknąć cudzy wpis, potem wleźć na swój kokpit i dopiero z niego możemy wpisywać wiadomości, które zostaną wysłane. Nie radzę z kolei blipowania z poziomu wbudowanej obslugi GG – nie możemy być pewni, że nasza wiadomość dotrze, a wpis na moim Blipie pojawił się dopiero ponad 2 godziny po dodaniu go.

Poczta

Kolejne funkcje – podgląd skrzynki odbiorczej Gmaila działał przyzwoicie. Ale z pocztą nic nie zrobimy – kiedy klikniemy w wiadomość, otworzy się okno wbudowanej w komunikator przeglądarki, zaś strona gmaila nam się już nie wyświetli. Oczywiście innej możliwości odpowiedzenia na wiadomość, czy przeforwardowania jej na razie nie ma.

RSS i blogi – zdublowane wpisy

RSS. Ten sam problem, co wszędzie: przy każdym odświeżeniu wpisy się dublują. Nie ma też możliwości widocznej oznaczenia jakiegoś wpisu jako przeczytanego, a nawet jeśli to uczynimy, zniknie po prostu maleńka żółta gwiazdka przy nim. Nie wyobrażam sobie przeglądania dużej ilości źródeł za pomocą takiego „czytnika”.

Blogi. Nic nowego: przy każdym wczytaniu, odświeżeniu widoku wpisy się dublują.

Nic się nie da?

I tu kolejna wada: w tej chwili właściwie nic nie możemy robić z poziomu domyślnego okienka aplikacji. Wysłać maila – niet. Wysłać twitta – niet. „Blipnąć” – niet. Wrzucić na Śledzika – e-e. Możemy tylko odczytywać otrzymane informacje i rozmawiać. A, jak już napisałem, i ta funkcja dość mocno szwankuje.

Różne konta na Twitterze w jednym programie – duży plus!

Jest za to jedna bardzo duża zaleta MyTribe’a. W owej wbudowanej przeglądarce możemy skonfigurować dwa okna dla dwóch różnych kont na Twitterze. Przyda się to wszystkim, którzy używają tego mikroblogu zarówno do zastosowań biznesowych, jak i prywatnych – sam posiadam dwa konta i z poziomu wbudowanej przeglądarki ich obsługa nie przysporzyła mi najmniejszego problemu. Zawsze gdy chciałem równolegle używać dwóch kont, otwierałem po prostu dwie różne przeglądarki – jeśli uda sięcałość dopracować, jest szansa, ze MyTribe rozwiąże tego rodzaju problem.

Nie jest najlepiej…

Podsumowując cały dzień zabawy z MyTribe’m – dobrze nie jest. Za wcześnie, za wcześnie i jeszcze raz za wcześnie. Niby można oddawać użytkownikom do testów produkt niegotowy. Można – ale pod warunkiem, że podstawowe funkcje działają przyzwoicie, dodatkowe zasygnalizowane są i użytkownik proszony jest o raportowanie błędów. W przypadku MyTribe’a nikt nie uwypuklił możliwości tego rodzaju. Nie wiem też, jak będzie z aktualizacją programu – by być szczerym, nie zauważyłem opcji do tego służącej, nie wiem, czy ktoś mnie o tym poinformuję, czy też będę musiał często śledzić stronę internetową produktu – nie bardzo efektowną, na marginesie.

Tu jeszcze jeden problem. Spróbujcie sobie wpisać w Google słowa My Tribe oddzielone spacją – nie byłem początkowo pewien, jak pisze się tę nazwę. Co, nie znaleźliście strony internetowej produktu? Ciekawe… Onet wypozycjonował swój produkt lepiej przy słowie kluczowym mytribe – ale czy ktoś będzie o tym pamiętał.

Nazwa również mi się nie podoba – nawet, jeśli dedykowana ma być na rynki zachodnie, i tak jest mało chwytliwa i nie do końca wiadomo, o co w niej chodzi.

Ale, rzecz śmieszna, nie wyłączę MyTribe’a. GG używałem wyłącznie do celów prywatnych, a i to w ograniczonym zakresie, używanie zaś tego komunikatora doprowadzało mnie zaś do białej gorączki, tym większej, im wyższa wersja pojawiała się na rynku. Mogę sobie pozwolić na utratę części wiadomości, pod warunkiem, że dość szybko wszystkie opcje zostaną poprawione. Jeśli produkt ten zostanie dopracowany, będzie czymś absolutnie genialnym, bardzo wygodnym i przejrzystym – bo nie wątpię, że wkrótce pojawią się kolejne „skórki”, otrzymamy też możliwość dostosowania do własnych gustów kolorystyki. Tymczasem po prostu czekam i wszystkim, którzy jeszcze nie korzystali z MyTribe’a sugeruję to samo. Czekam więc. I obym nie musiał czekać za długo.

PS A jeśli twórcom do listy obsługiwanych komunikatorów uda się dołączyć jeszcze protokoły Skype’a, zaś całość funkcjonować będzie bez zarzutu, chyba czeka nas już nie mała, ale całkiem spora rewolucja.

Udostępnij!

NK Talk – po prostu dobry chat

W wielkie cuda jeśli chodzi o serwisy społecznościowe nie wierzę. Ale Nasza Klasa znów szumnie zapowiadała rewolucyjny wynalazek, a w postaci NK Talka zafundowała nam zwyczajny czat. Fakt, dość dobrze wpasowany w całość serwisu, ale jednak banalnie prosty, wzorowany na tych, które funkcjonują już choćby w Facebooku. Taki chat może stworzyć każdy dobry programista – chociażby w „moim” serwisie Granice.pl ta funkcja dostępna jest od dość dawna. To funkcja dobra, z pewnością potrzebna i mogąca jeszcze bardziej przywiązać użytkowników do serwisu, ale do rewolucji w Naszej Klasie chyba jeszcze daleko.

Dobre wprowadzenie

Przede wszystkim chwała za to, że twórcy NK nie powtórzyli błędu, jaki miał miejsce w przypadku Śledzika. Owszem, informują o wynalazku na stronie logowania, a po zalogowaniu wyświetla się nam pop-up, ale nikogo do włączenia usługi nie zmuszają. I, wydaje się, to doskonała polityka – spośród moich znajomych w ciągu pierwszych kilku chwil naprawdę wielu NK Talka włączyło, a nie ma za to głosów protestu.

Łatwe włączenie i obsługa
Po stosunkowo prostym włączeniu (UWAGA: komunikator nie jest obsługiwany pod GoogleChrome, można wtedy sobie pisać i pisać, a wiadomości wysłanych czy otrzymanych nie będzie można zobaczyć) w dolnej części ekranu wyswietla nam się pasek nawigacyjny. Listę znajomych możemy rozwinąć i dowolnie przesuwać ją po ekranie. Gdy klikniemy na kontakt, wyswietli nam się w prawym dolnym rogu okienko rozmowy lub też wyświetlą nam się informacje o kontakcie z możliwością zaproszenia użytkownika do używania NK Talk.

Dobra realizacja
Wygodne? Bardzo. Poza tym estetycznie zrobione i dość dobrze wpasowane w layout. Dwa podstawowe mankamenty to nieobsługiwanie przeglądarki Chrome, która jednak zdobywa coraz większą popularność oraz jednak pewne „dublowanie” niektórych elementow. Chodzi mi przede wszystkim o to, że w Naszej Klasie mamy opcję „aktywni znajomi”, która przy możliwości rozwinięcia listy znajomych z NK Talka wydaje się zwyczajnie zbędna. Wielką zaletą komunikatora jest za to dobre archiwum rozmów, którego brak na przykład w Facebooku.

Chat to standard!

Tyle, że – z drugiej strony – chat w serwisie społecznościowym to po prostu standard, na początku nawet byłem przekonany, że opcja „aktywni znajomi” właśnie do takich rozmów służy i irytowało mnie, gdy musiałem wysyłać do nich wiadomości w wewnętrznej poczcie NK, zamiast po prostu pogadać. Nie mamy więc do czynienia z rewolucją, tylko z udostępnieniem elementu, który stanowi po prostu podstawę dobrej społecznościówki.

Dobra robota!

Nie ma co jednak narzekać. NK Talk to przyzwoicie zrobiony chat, dość sprawnie też w serwisie wprowadzony. Czy ma szansę na sukces? Moim zdaniem – tak. Przede wszystkim w kontekście kolejnych, coraz bardziej irytujących i absorbujących pamięć komputera wersji Gadu Gadu (nie każdy przecież szukał będzie w sieci wersji starszej). Po co instalować program, skoro tych samych – i wielu więcej – znajomych ma się w serwisie społecznościowym, w którym i tak większość Polaków spędza długie godziny. NK Talk to może nie szansa na konkurowanie z Facebookiem, ale na pewno – na większe przywiązanie użytkowników do serwisu. Swoją drogą – jeśli polska społeczność Facebooka będzie się tak rozwijała, jak w chwili obecnej, to raczej nikt temu serwisowi „nie podskoczy”. Poza jego statystykami.

Udostępnij!

Skiff Reader – czytnik giętki, ale nie elastyczny

Producenci nowoczesnego sprzętu w ostatnim czasie niesamowicie przyspieszyli. Wszyscy wiedzieliśmy, że rok 2010 upłynie pod znakiem urządzeń „dotykowych”, ale nikt nie myślał, że aż na taką skalę. Trwa szał na punkcie tabletu Apple, co wygląda mi raczej na zaplanowaną strategię marketingową (marketing szeptany, te sprawy), niż na przypadkowe przecieki informacji. Znając głowy specjalistów spod znaku „jabłka” można przewidywać, że urządzenie to będzie miało szansę zrewolucjonizować rynek urządzeń do czytania prasy. Zwłaszcza, jeśli dystrybutorzy e-booków rozwiążą problem z wyświetlaniem polskich znaków w pdfach zabezpieczonych DRM Adobe Digital Editions na komputerach firmy Apple.
Nie ustaje szum wokół czytnika firmy Amazon – Kindle’a. Firma ta ogłosiła niedawno, że w Amazonie po raz pierwszy w historii udało się sprzedać więcej e-booków niż tradycyjnych książek. Wynik to imponujący.
Dlatego trudno się dziwić, że przyspieszyli też konkurenci planujący wprowadzić własne czytniki na rynek. Tym razem zapowiedziano nam Skiff Reader, który ma zostać zaprezentowany podczas targów CES w Las Vegas. Skiff, jak to ostatnio dość często bywa, ma przede wszystkich wpierać specjalną usługę o nazwie Skiff, która internautom dostarczać ma prasę i książki, ze szczególnym naciskiem na tę pierwszą. Skiff Reader to chyba największy z dostępnych na rynku czytników. Przekątna ekranu to 11,5 cala, a urządzenie obsługiwać ma naprawdę duże rozdzielczości – 1200×1600 pikseli. Ale główna jego siła tkwi w czym innym – Skiff Reader ma być bowiem ogromnie cienki i – uwaga – giętki. Podobno giąć można go do woli, a i tak się nie złamie – ale na miejscu szczęśliwych klientów chyba bym nie ryzykował, szkoda byłoby zepsuć gadżet, którego cena niska nie będzie. W każdym razie Skiff Reader zachowywać się będzie prawie jak tradycyjna gazeta, którą przecież również można zginać w każdą stronę. Ponadto w urządzeniu zmieścić będziemy mogli 4GB danych, a Skiff obsługiwać ma też sieci bezprzewodowe oraz sieci 3G.
Producent zapowiada, że na urządzeniu wyświetlać się będą animacje, a obsługa dotykowego ekranu zapewni maksymalny komfort i wygodę użytkowania.
„Szpanerskie”? Fakt. Problem jest jeden, właściwie ten sam, co w przypadku Kindle’a – skąd brać książki, które na czytniku moglibyśmy przeglądać? Nie podejrzewam, by w sklepie Skiff dostępne były szybko polskie tytuły. Nie wiemy, czy będzie można na nim przeglądać pdfy, a jeśli nawet – co z obsługą zamieszczonych w nich polskich znaków? Czy będzie można robić notatki na marginesie dokumentów? Czy – na co czekam z niecierpliwością – urządzenie to będzie obsługiwało kolor (nie wynika to raczej z udostępnionych na stronie producenta zdjęć).
Irytuje mnie potężnie dość częsta tendencja do łączenia czytników z platformą dystrybucji. Nie wyobrażam sobie kupowania e-booków, z których nie mógłbym korzystać na przynajmniej dwóch urządzeniach – dedykowanym czytniku, ulubionym tablecie Toshiby – Portege, a najlepiej również na smartfonie z Windows Mobile. Nie wyobrażam sobie niemożności wykonywania notatek podczas lektury. I – prawdę powiedziawszy – mam gdzieś technologię e-papieru. Przy komputerze  lub laptopie spędzam praktycznie cały dzień i ani wzrok mi się nie pogarsza, ani też oczy mnie specjalnie nie bolą. Mój czytnik ma być przede wszystkim funkcjonalny i by wydać ten 1000 zł czy 1500 zł, musiałbym mieć pewność, że będę miał co na nim czytać. A jeśli już mam wydać duże pieniądze, będę chciał mieć również i kolor. Gadżet, który miałby mi służyć do czytania e-booków musiałby więc być elastyczny nie tylko w znaczeniu „giętki”, ale też elastyczny – mogący dostosować się do moich potrzeb.  Niestety, na razie nie przekonuje mnie ani „tanie” eClicto, ani też najdroższe dostępne na rynku urządzenia.
Udostępnij!