Czerwony kościół – recenzja

Czerwony kościół – recenzja
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Scott Nicholson napisał horror bardzo niebezpieczny. Pod płaszczykiem brutalnej, dobrze znanej historii o pierwotnym złu (bla bla bla), ukrył przewrotną sugestię, że Bóg w rzeczywistości jest Szatanem, cały świat skąpanym we krwi, błocie i mięsie Kościołem tego Boga, a ludzie to w rzeczywistości szaleni fanatycy religijni albo (w najlepszym razie) nudni moraliści, tchórze czy marionetki.

Wątek religijności to właściwie najważniejszy temat tej opowieści. Wszystkie inne historie, nawet te całkiem interesujące, w ostateczności i tak zrzucane są na drugi plan. Mógłbym więc oczywiście wspomnieć o fajnym naturalizmie i braku jakiegokolwiek sentymentalizmu w portretowaniu bohaterów, o dusznym obrazie amerykańskiej prowincji, mocnych i dosłownych opisach różnej maści makabry. Mógłbym, bo wszystko razem składa się na niezwykle przyjazny dla spragnionego sensacji czytelnika obraz z apokaliptycznej bitwy o ludzkość. Wolę jednak skupić się na tym, co w Czerwonym kościele jest najmniej standardowe, najbardziej przewrotne i w sumie najbardziej inspirujące.

A zatem.

Na mnie największe wrażenie zrobił wątek, toczący się właściwie gdzieś obok głównej fabuły i najważniejszych zdarzeń, ale który dokonał swoistej dekonstrukcji tego bezpiecznego, dualistycznego świata, jaki znamy z horrorów. Chodzi o dualistyczny świat, w którym umieszczone po jednej stronie Dobro toczy permanentną walkę z bezkompromisowym Złem. Nicholson w swojej powieści zasugerował (To ważne, bo cała omówiona za moment idea jest w książce nie tyle opowiedziana, ile właśnie zasugerowana), że świat, w jakim żyjemy, jest złym miejscem, które w swoich trzewiach ukrywa potworną, niszczycielską siłę. Nie ma intencjonalnego Dobra. Intencjonalna jest jedynie tajemnicza potęga, której bliżej jednak do destrukcji i zła.

Horrory przyzwyczaiły nas do tego, że świat – nawet jeżeli niebezpieczny – jest w gruncie rzeczy bezpiecznym miejscem. Zło zostaje ostatecznie pokonane, albo skutecznie zneutralizowane. Pozwala na to metafizyczne Dobro, które zapisane w starych księgach, ustala bezpieczne granice i reguły, pozwalające pozytywnym bohaterom na pokonanie niebezpiecznego przeciwnika. W Czerwonym kościele za bohaterami nic nie stoi, a ich konstrukcja jako słabych, niepewnych siebie i (co ważne!) omylnych sprawia wrażenie, że wynik batalii jest przypadkowy, a aktywność bohaterów i ich decyzje równie dobrze mogłyby być zupełnie inne. Jest w tym ujęciu jakiś anarchistyczny bunt przeciwko twardym wymogom gatunku. Manifestacyjnie niepewni bohaterowie sugerują, że nie stoi za nimi żadne prawo, żaden święty dekalog. Wszystko jest jedynie ślepym trafem i walką o przetrwanie, a wartości to największe zmienne.

Dodatkowo to wywrotowe wrażenie wzmacnia religijna tematyka powieści. Fakt, że po stronie Tego Złego staje wyjątkowo religijna, lubująca się w dewocyjnych frazesach grupa ludzi, sprawia wrażenie jakby Bóg – ten mityczny Bóg wszystkich wierzących ludzi – stał właśnie po ich stronie i po stronie ich mrocznego sprzymierzeńca. Nie jest to wątek istotny dla fabuły i jak powiedziałem, raczej jest on kwestią takiej a nie innej interpretacji, ale autentycznie intryguje i czyni z Czerwonego kościoła mocny i radykalny horror satanistyczny. (Zdecydowanie w duchu satanizmu teistycznego)

Może nieco konkretów:

Do położonej na odludziu miejscowości, przybywa tajemniczy Archer McFall. Wizjoner i charyzmatyczny kaznodzieja, który staje się guru starodawnego ugrupowania religijnego. Ugrupowanie to głosi, że Jezus Chrystus nie był jedynym synem Boga i że to właśnie Archer McFall jest kolejnym mesjaszem. Socjopatyczny, wizjonerski i pociągający McFall gromadzi koło siebie członków najstarszych, mieszkających w okolicy, rodzin-założycieli. Przypomina o ciążącej na nich winie za grzechy ich przodków i każe za te winy płacić krwią. Nie ma w tym naturalnie nic oryginalnego, ale religijna gorliwość jego wyznawców i przekonanie o tym, że stoją po stronie Światła i Prawdy przy jednoczesnych nadnaturalnych mocach Archera, sprawiają, że argumenty jego nielicznych zresztą antagonistów, z ich milczącym biblijnym Bogiem (nie wiadomo który Bóg jest prawdziwy) wypadają wyjątkowo słabo. Oprócz tego dostajemy naturalnie cały arsenał znanych i lubianych motywów, o których grzech nie wspomnieć. Jest zatem: obrzydliwy, latający potwór z wątrobami zamiast oczu, bezkompromisowa sekta religijnych fanatyków, nawiedzenia przez zmarłych, przeklęty, podniszczony i opustoszały kościół, czarne msze oraz tajemnice z dalekiej przeszłości. Wszystko to razem sprawia, że powieść czyta się zupełnie przyjemnie.

Cała historia jest to walka pomiędzy osamotnionymi, słabymi ludźmi, a istotą, która nie tylko twierdzi, że jest Bogiem, ale która jednocześnie ma jego (przynajmniej niektóre) atrybuty. Na czele z ideologią Nagrody i Kary, albo raczej Kary i bezwarunkowego posłuszeństwa. Ludzie natomiast przypominają niepewnych siebie samotników, którzy w imię jeszcze bardziej niepewnych zasad i uczuć (które okazują się kompletnie niepoczytalne. Nie ma świętości. Miłość, rodzina… nic nie zapewnia bezpieczeństwa) walczą z potężniejszym od siebie przeciwnikiem.

To co dla mnie było najbardziej przejmujące w trakcie lektury, to chyba właśnie to totalne zanegowanie jakiejkolwiek metafizyki, która mogłaby stanąć po stronie ostatnich sprawiedliwych. Pozytywni bohaterowie obowiązkowo są samotni. Och, mają naturalnie swoją religię i swoje przekonania, ale w konfrontacji z wszechpotężnym Archerem i tak chodzi ostatecznie o determinację, odwagę i.. czysty przypadek.

Reasumując, Czerwony kościół bardzo fajnie pokazuje jak pojemny jest horror jako gatunek i że już wkrótce (jestem o tym przekonany) konserwatywne teksty o tym, że lepiej siedzieć w domu i nie badać, nie eksperymentować, nie próbować zostaną zastąpione przez horrory, których głównym zadaniem będzie krytyczne spojrzenie na rzeczywistość… pewnie na rzeczywistość społeczną, bo to ona postrzegana jest jako opresywna.

About the author