Facebook po polsku czyli Tymochowicz trzeciej generacji

Facebook po polsku czyli Tymochowicz trzeciej generacji
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Piotr Tymochowicz zapowiedział niedawno premierę nowego własnego projektu realizowanego przez firmę o wdzięcznej nazwie Infinity. Jak sama nazwa wskazuje, głównym zadaniem, jakie postawili przed sobą twórcy, miałoby być zapewnienie użytkownikom nieśmiertelności. Blaga czy realny projekt? Przy obecnych możliwościach technicznych – raczej mrzonki, choć niewykluczone, że Tymochowicz trzyma w rękawie jakieś asy.

Ograniczenia technologii

Skąd moje głębokie przekonanie o tym, że cały szum wokół projektu pozostanie w dużej mierze gadaniną bez pokrycia? Przede wszystkim stąd, że interesuję się nowymi technologiami, ale możliwości, o jakich pisze spec od wizerunku odpowiedzialny między innymi za sukces Andrzeja Leppera, pojawiają się raczej w sferze spekulacji lub ukazywane są jako opracowywane dopiero na potrzeby wojska, bez sukcesów lub wielkim kosztem. Ok, stworzenie na przykład gadającego obrazu (a może lepszym byłoby tu określenie… “Awatar”?) żywej osoby jest pewnie możliwe, możliwym byłoby też zapewne generowanie jej głosu, sposobu mówienia, wygenerowanie na podstawie setek godzin badań także specyficznego, osobowego “słownika” zawierającego również ulubione zwroty, frazeologizmy używane przez użytkownika, ale już przeniesienie w świat wirtualny całego bagażu doświadczeń i umożliwienie innym korzystanie z niego wymagałoby skopiowania wszystkich “danych” z “dysku twardego” naszego mózgu – a na to pozwolić sobie mogą jedynie bohaterowie niezłego skądinąd serialu “Fringe”.

Jakby tego było mało, Tymochowicz w rozmowie, którą załączyli na swoich stronach niemal wszyscy piszący o nowych technologiach blogerzy i specjaliści z branży IT, nie podaje tak naprawdę żadnych konkretów. Hasło “Facebook trzeciej generacji” brzmi doskonale – zwłaszcza gdyby do mnogości opcji dodać przejrzystość oraz dobry system pomocy. Tyle, że Tymochowicz nie zamierza udoskonalać Facebooka, lecz stworzyć coś zupełnie nowego.

Czego nie wiemy?

Co tworzy Tymochowicz? Tak naprawdę nie wiadomo. Wiadomo, że rzesze ludzi pracowały nad “produktem” Tymochowicza od dwunastu lat oraz że produkt ten jest już gotowy. Nie znamy jego nazwy – Infinity to bowiem jedynie firma odpowiedzialna za pracę nad produktem. Nie znamy – poza Tymochowiczem – nazwisk osób pracujących przy nim, bo projekt ten miał pozwolić wyszukać i wypromować najlepszych na polskim rynku programistów, lecz nikt pracą na rzecz Infinity się nie chwali. To zresztą kolejna rzecz nieco dziwna. W dzisiejszych czasach właściwie niemożliwe jest utrzymanie czegokolwiek w ścisłej tajemnicy – plotki musiałyby się pojawić choćby ze względu na to, że przy projekcie pracuje wiele osób, w tym wcale liczna grupa wolontariuszy. O ile pracowników etatowych można by było zmusić do milczenia – choć i tak z pewnością pojawiłyby się przecieki – o tyle któryś z wolontariuszy musiałby coś “lapnąć”. A jeden nieautoryzowany artykuł prasowy to raczej niewiele sygnałów jak na projekt o takim potencjale.

Co wiemy?

Co za to wiemy? Wiemy, że projekt Tymochowicza ma być pierwszą tego typu propozycją na świecie, a “unieśmiertelnienie” czegoś za jego pomocą to tylko wycinek możliwości – wycinek najbardziej nośny marketingowo oraz medialnie, ale nie najważniejszy. Projekt udostępniać ma 28 nowych, niespotykanych nigdzie funkcjonalności, które sukcesywne rozbudowywane będą o sztuczną inteligencję, lecz odmienną od na co dzień przez nas spotykanej. Kolejne ładnie brzmiące hasło to “rozszerzenie rzeczywistości o czas do nieskończoności” – chodzi o to, że dane raz wprowadzone przez klientów mają być właściwie niemożliwe do skasowania. Pomijając kwestię składowania danych – serwery, nawet największe, mają swoje ograniczenia, które szybko wyjdą na jaw, jeśli projekt będzie realizowany rzeczywiście w skali globalnej – sytuacja, w której udostępniamy własne dane, doświadczenia czy wiedzę na zawsze ma i inne wady: wiemy przecież, jak wiele osób, rozczarowanych rozwojem serwisu czy uznawszy, że podawanie własnych danych osobowych może im zaszkodzić, usunąć próbuje swe konta. Jak z tym problemem poradzą sobie “najlepsi z najlepszych” pod wodzą Tymochowicza?

Trzy płaszczyzny sukcesu

W wywiadzie nasz bohater powiedział jeszcze kilka innych interesujących rzeczy. W skład jego projektu wejdą trzy części umożliwiające inny, nowy (czyli: jaki?) sposób komunikacji w realu i internecie. Będzie wśród nich część społecznościowa, ale i rebelia “proponująca rzekomo zmianę porządku świata”. Zdaniem Tymochowicza tkwimy korzeniami w ubiegłym tysiącleciu, nie zaproponowano bowiem nowych “funkcjonalności” (to w gruncie rzeczy dziwne językowo pojęcie w slangu specjalistów z branży IT, a oznacza coś z pogranicza funkcji i możliwości – to, co za pomocą danego produktu możemy czynić) samego człowieka. Mimo postępu, nadal nie potrafimy rzekomo rozmawiać ze sobą. Doświadczenie ludzi naprawdę mądrych nie jest przekazywane nawet z pokolenia na pokolenie, a co dopiero mówić o udostępnieniu go szerszemu gronu odbiorców! Zdaniem specjalisty od wizerunku, to akurat można zmienić. Jego serwis ma być “pomostem między siecią a życiem” Przyznają Państwo, że hasła to piękne. Co za nimi stoi – to inna sprawa.

Dziennikarz pilnie poszukiwany

Zirytowała mnie w gruncie rzeczy rozmowa przeprowadzona przez Michała Sobczyka. Zresztą chyba każdy człowiek interesujący się dziennikarstwem łatwo dostrzeże jej wady. Sobczyk wybrał znakomity temat i zaczął dość dobrze. Ale wielokrotnie zdarzało się, że Tymochowicz sam niemal podrzucał mu propozycje pytań, sam wypowiadał zdania, które aż prosiły się o dookreślenie, doprecyzowanie i dopytanie. Ot, choćby wspomnianych już przeze mnie 28 nowych, niespotykanych dotąd “funkcjonalności”. Który dziennikarz nie zapytałby – choćby po to, by widzowie mogli zobaczyć, jak interlokutor wije się, nie mogąc udzielić odpowiedzi – jakie to funkcje? Kto odpuściłby taką okazję? Sobczyk zaś pyta raczej o model biznesowy, sposoby zarabiania, ogólne założenia – pozostaje więc na powierzchni arcyciekawego tematu. Ale jego wielkim sukcesem jest już choćby fakt, że Tymochowicz wywiadu udzielił i że udało się “wydrzeć” mu – nie wątpię bowiem, że łatwe to nie było – garść ciekawych informacji.

Więcej wiarygodności!

Zirytował mnie zresztą też sam Tymochowicz. Zapytany bowiem o ciszę medialną wokół wydarzenia, rzekł, że – mówiąc – krótko – nie chce mu się autoryzować wywiadów, to bowiem zbyt wiele roboty. Rozumiem, że w ten sposób specjalista od wizerunku pracuje na szum medialny (niektórzy mówią buzz) wokół projektu. Ale takie androny mógłby sobie odpuścić – przecież równie dobrze mógłby po prostu udzielić wywiadów telewizyjnych czy radiowych. I po problemie. Zero autoryzacji, zero kłopotu, nawet rozmowa krótsza niż wywiad prasowy, a i do większej liczby odbiorców przekaz dotrze. To nie, Tymochowicz wybrał dopiero rozpoczynającego swą karierę absolwenta SGH szukającego ciekawego stanowiska juniorskiego związanego z marketingiem i prowadzącego “blog video o biznesie” http://www.amazingvictory.com Rozumiem, że dzieki temu mógł sobie na więcej pozwolić, bo człowiek taki będzie łatwiejszy do zmanipulowania niż „dziennikarz – stary wyjadacz”. Poza tym dziennikarzy dobrze piszących o nowych technologiach w kraju nie mamy aż tak wielu. Ale jeśli robimy szum medialny, to albo pozwalamy na kontrolowany przeciek informacji do mediów, albo też znajdujemy bardziej wiarygodne wytłumaczenie dla własnego milczenia. Chociażby zdanie: “nie mogę powiedzieć, bo konkurencja nie śpi” byłoby tu ciekawsze, choć nie wyobrażam sobie, by Nasza Klasa czy inne Grona zafundowały swoim użytkownikom nieśmiertelność, nieprzemijalność, szansę na upamiętnienie własnych doświadczeń oraz dokonań.

Społeczność po polsku czyli totalna inwigilacja

I tu dochodzimy do jeszcze jednej kwestii – specyfiki naszego rynku. Proszę mi wybaczyć, ale jestem zdania, że polskiego internetu projekt Tymochowicza nie zmieni. A to dlatego, że naszym internautom serwisy społecznościowe nie służą do zabawy czy nawiązywania kontaktów (choć Facebook zaczyna zmieniać ten stan rzeczy). Serwisy społecznościowe służą do pochwalenia się znajomym ostatnimi wakacjami i nowym samochodem, ewentualnie najnowszą matką, żoną, kochanką, psem, kotem i szynszylem. Pierścionkiem zaręczynowym. Jak również do dokonywania radosnej i społecznie akceptowanej inwigilacji własnego otoczenia. Czym jest Twitter oraz jak ten serwis działa – tego nie wiedzą nawet bliscy twórców stron internetowych, a co dopiero mówić o większości internautów. Flaker? To jakaś obelga? Blip? Nowy dźwięk? Kiedy w dobrze mu znanym serwisie pojawiają się chociażby minimalne zmiany, gdy pojawiają się nowe funkcje (czemu ten Śledzik ludziom przeszkadzał?) popularne na całym świecie, rozpoczyna się akcja obywatelskiego nieposłuszeństwa. Ewentualnie – wykorzystywania obywatelskiej głupoty (wklej ten link, a dostaniesz samochód, prenumeratę Playboya gratis, a Chuck Norris usunie Twojego Śledzika). Do polskich internautów – przynajmniej w wymiarze masowym – nie trafi nawet “nieskończoność”, a co dopiero mówić o jakimś “infynyty”!

To be like Tymochowicz

Na koniec – kilka słów pochwały. W swoim fachu kolega Tymochowicz jest dobry. Cholernie dobry. Żadna płatna reklama, żadne spoty, testy profesjonalistów opisywane online i audycje radiowe czy programy telewizyjne nie dałyby mu tyle, co wywiad, jakiemu udzielił Sobczykowi. Enigmatyczność, a zarazem atrakcyjność głoszonych haseł sprawiły, że każdy, kto choć trochę interesuje się nowymi technologiami czy serwisami społecznościowymi, niemal musiał o projekcie słyszeć. A prawie każdy – napisał o nim i „plotkę” puścił dalej. Teraz kolega Tymochowicz na nas sobie potestuje produkt, nie bardzo przejmując się totalną krytyką, jaka zapewne go spotka, a jedynie udoskonalając poszczególne “funkcjonalności”, zbuduje podstawę społeczności, by potem całość sprzedać z mniejszym lub większym sukcesem na rynku zachodnim. Czy mu się uda? Nie wiem – jego produktu jeszcze nie widziałem i na połowę stycznia czekam z niecierpliwością. Wiem jedynie, że Tymochowicz znów trafił w dziesiątkę, obierając drogę promocji swego przedsięwzięcia. To połączenie prymitywnej ploty, marketingu szeptanego i marketingu wirusowego zostało tak dobrze opakowane (nie zdziwiłbym się, gdyby i artykuł w „Newseeku” był elementem tej całości – ale to może tylko spiskowa teoria dziejów), że narwali się na nie nawet najwięksi specjaliści. I w ogólnym rozrachunku Tymochowicz zyskał wiele. Nawet, jeśli chwilowo stracił na tym nieco jego własny… wizerunek.

PS Pisałem ten post tak długo, że właściwie znana jest już nazwa projektu Tymochowicza. Prawdopodobnie będzie to zapowiadany na jego blogu Solaris, w którego skład wejdą:

– Solaris Gate

– Solaris Generation

– Solaris Rebel / Rebelia

About the author