Harry Potter i Insygnia Śmierci: część I jako nowoczesne dark fantasy. recenzja

Harry Potter i Insygnia Śmierci: część I jako nowoczesne dark fantasy. recenzja
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Harry Potter 7 i 1/2 jest wstępem do właściwej, ostatniej części sagi o młodym czarodzieju. Większość ważnych zwrotów akcji, jak i najbardziej widowiskowych scen opisanych w powieści Rowling, twórcy filmu najpewniej postanowili wykorzystać w kolejnym epizodzie. Zatem w omawianym filmie na główny plan wyszły psychologiczne rozterki i coraz bardziej komplikujące się relacje trójki głównych bohaterów. Jest to krok w jak najlepszą stronę i właśnie ta częściowa rezygnacja z prostej i szybkiej akcji jest tym, co oddziela 1 część Insygniów Śmierci od wcześniejszych filmów o Harrym Potterze. To już nie jest kino familijne, ani nawet kino udające kino familijne, to już jest czyste dark fantasy. Dodam: jedno z najlepszych, jakie kiedykolwiek powstało.

Będą spojlery (ale takie, które raczej nie powinny przekreślić przyjemności z oglądania filmu)

Harry Potter i Insygnia Śmierci: część 1 jest kwintesencją tej stylistyki, którą rozpoczęła – już dość krwawa i znacznie mniej bajkowa od Kamienia Filozoficznego – Komnata Tajemnic. Niby wciąż jeszcze sprzedawano film jako kino dla całej rodziny, ale już takie wątki, jak koszmarna wizyta u pająka-giganta w Zakazanym lesie, kolejne petryfikowanie uczniów przez tajemniczą bestię, czy wreszcie kulminacyjna konfrontacja Harry’ego z Bazyliszkiem były znaczącym ukłonem w stronę horroru. Można by pewnie wymienić kilka innych, jak choćby bal duchów (To akurat w książce) przeklęta księga albo postać Marty, która (na razie jeszcze z nasileniem komicznych akcentów) była zapowiedzią całej długiej listy ofiar-uczniów Złego Pana, ale ogólny klimat filmu był raczej optymistyczny i zabawowy. Następnie przyszedł czas na uwielbianego przez fanów i uważanego za najlepszy z serii: Harry Potter i Więzień Azkabanu. Jeszcze bardziej nasilona została ilość horrorowych gadżetów, traktowanych mniej lub bardziej serio: nawiedzona chata, wilkołak, cała seria demonów prezentowanych na lekcjach obrony przed czarną magią na czele z Dementorami. Było coraz straszniej.

Czara Ognia i Zakon Feniksa kontynuowały mroczną, taką gotycko-romantyczną stylistykę Więźnia Azkabanu, dodając w zależności od fabuły, wątki polityczne i społeczne, czego efektem było „doroślenie” tematyki Harry’ego Pottera i poszerzenie jej o rasizm, totalitaryzm, tortury, korupcję, nieetyczne wykorzystywanie stanowisk, politykę oraz nierzetelność i brak wiarygodności mediów. Cały czas jednak mieliśmy do czynienia z kinem dla młodzieży, w którym – mimo wszystko – dominował nastrój momentami niebezpiecznej, ale wciąż atrakcyjnej i fascynującej przygody. Naturalnie z każdą kolejną częścią coraz trudniej było utrzymać, pewną niezbędną lekkość i beztroskę, jakie są niezbędne dla tego typu kinematografii, ale po raz pierwszy naprawdę zrezygnowano z owego awanturniczego konceptu na rzecz czystej grozy w świetnym Księciu Półkrwi. Tutaj na pierwszy plan została wystawiona groza czasów, w jakich przyszło żyć bohaterom sagi i okrutnych zdarzeń, których musieli zostać uczestnikami. Ową grozę i okrucieństwo świetnie opisuje Drakaina w swojej recenzji Harry’ego Pottera i Księcia Półkrwi:

całe sekwencje filmowane w oszczędnych barwach – mroczne, niemal monochromatyczne, jedynie z przebłyskami kolorów – opresyjne wnętrza, zimowy krajobraz; (…) Fenomenalna jest grota, w której Harry i Dumbledore szukają horkruksa – ta scenografia stanowi przepiękne nawiązanie do estetyki modernizmu, np. plakatów filmów grozy z lat ’20 i ’30 XX w., podobnie zresztą jak ewidentnym ukłonem w tym kierunku jest „mechaniczny” wygląd wieży, w której rozgrywa się kilka kluczowych scen, a także komnata potrzeb, stanowiąca istny gabinet osobliwości szalonego naukowca”.

Insygnia Śmierci część 1 ujawniają, że takie a nie inne wcześniejsze decyzje artystyczne zostały podjęte nie tylko ze względu na fabułę, ale taki po prostu był pomysł na poprowadzenie sagi o Harrym Potterze. Zakończenie miało być patetyczne, mroczne i bardzo groźne. Kolejne części przygotowywały grunt pod format, w jakim zdecydowano się zekranizować ostatni tom literackiej sagi fantasy. I właśnie tutaj muszę odnotować, że moim zdaniem, to co nie do końca udało się samej Rowling, czyli przejście z literatury stricte dziecięco-młodzieżowej w poważną, realistyczną literaturę fantasy, świetnie wyszło Davidowi Yatesowi w jego filmowych ekranizacjach. Wiem, że wśród pozostałych reżyserów serii to właśnie Yates zbiera najgorsze oceny w moim pokręconym umyśle jednak dzięki dwóm ostatnim częścią wychodzi zdecydowanie na prowadzenie. Szerzej o tym dlaczego wg mnie nie udało się to Rowling pisałem w komentarzach do potterowych wariacji na blogu ninedin. W skrócie więc: o sukcesie Yatesa przesądziło to, że zdecydował się całkowicie grubą kreską oddzielić pierwsze części historii, w którym dominowała owa wspomniana awanturniczość, a więc i umowność, bajkowość od późniejszych poważnych tematów, jakie pojawiają się w historii o czarodziejach. W ten sposób Yates zrealizował jeden z najlepszych dark fantasy, który jakimś dziwnym sposobem podoba się starszym dzieciom, jak i młodszym dorosłym.

Harry Potter i Insygnia Śmierci

Najwyższy czas jednak skupić się na siódmym filmie o Harrym Potterze.

Podzielenie Insygniów na dwa oddzielne, długie filmy po raz pierwszy pozwoliło twórcom na przesunięcie priorytetów. Nie musieli już martwić się tym, jak wszystkie liczne i zazębiające się wątki zmieścić w jednym, max 2,5 godzinnym seansie. Tym razem czasu mieli dużo, co pozwoliło skupić się na wybranych detalach. Najwięcej zyskali na tym oczywiście główni bohaterowie sagi: Harry Potter, Ron Weasley i Hermiona Granger. Historię o magii i walce ze złem zdominował dramat, jaki rozegrał się w obozie osamotnionych pozytywnych bohaterów. Przyjaźnie i sojusze pozornie zawarte dawno temu, musiały zostać teraz potwierdzone w odmienionej rzeczywistości zewnętrznej (zdobycie władzy przez Voldemorta) i wewnętrznej (Ron, Hermiona i Harry jako dorośli). Ta zmiana rzeczywistości jest najważniejszym tematem tego filmu. Dojrzewanie do współodpowiedzialności za siebie nawzajem przy mniej stereotypowym niż dotychczas ujęciu indywidualizmu poszczególnych postaci wymusza pewien intymny, bardziej dramatyczny (melodramatyczny?) charakter filmu. Stąd dużo w nim pustych, wizualnie genialnych, krajobrazów i miejsc: baśniowe lasy, wzgórza i rzeki, jakie odwiedzają w trakcie swojej wędrówki Harry ,Ron i Hermiona; siedziba Voldemorta i jego koszmarnego dworu; a także minimalistyczny, „zimny” namiot Hermiony. Scenografię ładnie uzupełniają podrasowane symbolizmem, efektowne zdarzenia. (Najstraszniej wypada tutaj scena konfrontacji Rona z horkruksem i kiczowato wymuskanymi avatarami Harry’ego i Hermiony wśród kłębów czarnego dymu). Wspomniany ośnieżony krajobraz opustoszałych wiosek, cmentarza czy lasu podkreśla smętny, depresyjny nastrój filmu, w którym wszystkie zdarzenia i dialogi zdają się zapowiadać zwycięstwo Zła. Bohaterowie są przybici, zagubieni i coraz bardziej osamotnieni, sami bardziej uciekają przed śmiercią, niż próbują się jej przeciwstawić. Ron z jednej strony martwi się o swoją rodzinę, z drugiej musi pogodzić z życiem w cieniu Harry’ego; Hermiona musiała wymazać samą siebie z pamięci rodziców dla ich bezpieczeństwa i ratowania przed Śmierciożercami, teraz próbuje odnaleźć się w nowej dla siebie sytuacji; i wreszcie coraz bardziej przerażony i zdezorientowany Harry Potter. To sprawia, że relacje dawnych przyjaciół stają się coraz bardziej skomplikowane i niepewne.

Świetnie pokazuje to niewystępująca w książce, ale dodana przez reżysera scena „dziwnego” tańca Harry’ego i Hermiony podczas jednego z samotnie spędzonych wieczorów. Można go odczytać jako jeden z humorystycznych akcentów, których pomimo poważnego tonu nie brakuje w Insygniach…, albo jako ekstrawagancki symbol zagubienia bohaterów, czy potrzeby choćby odrobiny normalności. W każdym razie nieco to komplikuję psychologicznie tę dwójkę i czyni mniej przewidywalną co zaskakuje i moim zdaniem należy policzyć na duży plus filmu.

No właśnie, ale Harry Potter to nie tylko dramat o dojrzewaniu, własnej tożsamości (Ron! Ron! Ron!), czy odpowiedzialności, ale też film fantasy pełen szybkich zwrotów akcji i efektownych wizualnie i suspensowo scen. Najbardziej przypadły mi do gustu, co oczywiste, te o silnym, można spokojnie napisać bardzo silnym ładunku grozy. A że było ich w filmie całkiem sporo, to i moja teza o Harrym Potterze jako dark fantasy wydaje się bardziej banalna, niż kontrowersyjna.

Pominę to, o czym już wcześniej pisałem, czyli romantyczne krajobrazy i scenografię, które momentami przypominają spektakularnego Władcę Pierścieni (scena przy zamarzniętym potoku), a momentami przywodzą na myśl brytyjskie krajobrazy rodem z Wichrowych wzgórz. Tło ostatniego Pottera jest nie tylko bardzo dark, ale też trudno nie zauważyć, że często staje się jednym z głównym bohaterów. Na szczęście to tylko jeden z elementów umrocznienia Harry’ego. Przynajmniej dwa razy w Insygniach pojawia się najważniejszy dla horroru motyw nawiedzonego domu. I za każdym razem jest to prawdziwy majstersztyk. Chodzi oczywiście o kapitalnie przerobiony dom Blacków, który już w Zakonie Feniksa nie prezentował się zbyt przyjaźnie, a w Insygniach przypomina prawdziwe cmentarzysko przeszłości. Jeszcze bardziej przerażająco zostało przedstawione domiszcze dawnej przyjaciółki Dumbledore’a, Bathildy Bagshot, wraz z jego paskudną, wyjętą jakby żywcem z klimatycznych opowieści o duchach, wiedźmowatą mieszkanką. Obydwa domy, idealnie wpisują się w stereotyp przeklętego, nawiedzonego miejsca, wypełnionego rupieciami, tajemniczymi odgłosami, kurzem i skrytym w ciemnościach złem. Niesamowite jest to z jaką konsekwencją sposępniał świat Harry’ego. Można odnieść wrażenie, że chwilami bliżej mu do zamglonego i zniszczonego uniwersum Silent Hill niż pełnego niesamowitości świata z wcześniejszych części. Jeżeli wspominamy motyw domu, to ważna jest również tutaj widowiskowa siedziba Lorda Voldemorta będąca skrzyżowaniem neogotyckiej posiadłości z czasów wiktoriańskich z średniowiecznym zamkiem. Równie ważne są, jak zawsze chyba, czarne charaktery. Helena Bohan-Carter, która już we wcześniejszych częściach ujawniła, że świetnie bawi się rolą złej wiedźmy, w Insygniach dała prawdziwy popis swoich zdolności aktorskich. Bellatrix w jej wydaniu jest psychopatyczną, niezrównoważoną i okrutną suką.

Oprócz tej grozy, powiedzmy standardowej (nawiedzone, przeklęte miejsca, wymarłe krajobrazy, tortury i ból fizyczny), najważniejszym jej nośnikiem w Harrym Potterze jest podkreślenie poczucia totalnego osaczenia i nieuniknionej zagłady. Już od pierwszych minut filmu podkreśla się, że władzę przejął Voldemort, który rękami innych zaprowadza swój chory, rasistowski porządek. Groza swoistego mugolskiego Holocaustu oddziałuje najbardziej intensywnie i jest najwyraźniejszym kluczem do analogii pomiędzy filmowym światem przedstawionym, a prawidłowościami jakimi rządzi się rzeczywistość. Myślę, że to połączenie swoistego horroru niesprawiedliwości (korupcja, wojna, tortury, zabójstwa, ksenofobia, zastraszanie itp.) oraz horroru popkulturowego (demony, czarnoksiężnicy, czarna magia, przeklęte artefakty, nawiedzenia) plus duży nacisk na realizm psychologiczny bohaterów powodują, że 7-część serii o HP tak bardzo przypadła mi do gustu. Harry Potter i Insygnia Śmierci cz. 1 są tym filmem o Harrym, który zawsze chciałem obejrzeć. Świetny wstęp do finalnego odcinka sagi, który broni się zupełnie sam, jako osobna, pełna symboli, trochę ekstrawagancka opowieść o dorastaniu w świecie pełnym zła i przemocy. Opowieść o dorastaniu do wielkiej konfrontacji, albo wielkiej samotności.

Polecam! Polecam! Polecam!

About the author