„Hej, wilku bury! Łapy do góry!” – recenzja Wilkołaka

„Hej, wilku bury! Łapy do góry!” – recenzja Wilkołaka
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

To był jeden z tych filmów na które czekałem z niecierpliwością. Ładny zwiastun, znani aktorzy, dopracowane kostiumy i efektowne plenery zapowiadały, że Wilkołak (2010) nawiązywać będzie do wspaniałej tradycji pełnych przepychu romantyczncznych horrorów z lat 90′. Recenzje nie pozostawiały jednak złudzeń. Wilkołak może świecić jedynie odbitym światłem wspomnianych produkcji, a maniera „ładnego, dramatycznego widowiska” w realizacji Johnstona to tylko męcząca i pusta podróbka tamtej pasji, zrobiona za wielkie pieniądze i dla wielkich pieniędzy. Tylko.

Nosił wilk razy kilka…

Wilkołak miał być powrotem do korzeni: z jednej strony potwór, ikona złotej ery Hollywood, z drugiej, film nastrojowy, piękny, mroczny i z klasą. Nazwiska takich artystów jak, znany z roli Van Helsinga w Draculi (1992), Anthony Hopkins czy Benicio Del Toro miały sygnować najwyższą jakość. Dla oczekujących dobrego kina, mam jednak złą wiadomość. Cały potencjał został zmarnowany, rozmieniony na drobne. Ładne sceny (moment przemieniania się w wilkołaka podczas pokazu w szpitalu psychiatrycznym) mieszają się z banałem i kiczem w sposób wręcz niemożliwy do zaakceptowania (końcowa scena nad potężnym wodospadem, który to notabene w innej scenie był malutkim puchatkowym spadowodem).

Ta recenzja będzie więc desperackim zapisem mojego rozczarowania. Zapis o horrorze, który okazał się całkowicie zbędny.

Wilk i złodziej po nocy wędrują

Fabuła filmu jest pretekstowa. Poprowadzona bez jakiejkolwiek próby skorzystania z bogatej tradycji wilkołactwa: jego symboliki, ewentualnych interpretacji czy bogatej historii mitu. I tego było mi szkoda najbardziej. Twórcy kompletnie wykastrowali swojego bohatera, pozostawiając mu jedynie księżyc i wilcze metamorfozy. W granym przez Benicio Del Toro, Talbocie-juniorze nie widać nawet śladów śladów jakiegokolwiek rozdarcia, które mogłoby być symbolizowane przez materialna przemianę. Ot, zwykły niewiele mówiący facet, zachowujący się dosyć nieprzemyślanie, co ma zapewne dodawać kolortu do jego osobowości. Bardziej emo niż gotyckiej. Kiepski główny bohater to po połowie wina słabego scenariusza i dość żałosnej gry Del Toro. Niedostatki w grze widać zwłaszcza podczas konfornatacji z ŚWIETNIE ZAGRANYM inspektorem, którego gra Hugo Weaving (Mr. Smith z Matrixa). Talbot w filmie jest mroczny i zagadkowy, co w realizacji Del Torowskiej oznacza, że ma niezmienną, skwaszoną minę. Przez cały film! Przepraszam jeżeli fani aktora poczują się oburzeni, ale jako dowód zawsze będę porównywał ową konfrontację inspektora z Talbotem, gdzie różnice w warsztacie aktorskim są bardzo widoczne. I gdzie doskonale widać, że nawet ze słabej postaci dobry aktor jest w stanie wykreować zjawisko. Rola inspektora w rzeczywistości również nie była interesująca i gdyby nie Waeving przepadłaby zupełnie.

Talbot jako główny bohater jest nudny i kiepsko napisany. A co z resztą postaci? Heroina Gwen (Emily Blunt) to nic nie wnoszący gadżet, który ma ładnie wyglądać, wpisać się w opowieść o Pięknej i Bestii i pałętać gdzieś bez sensu po rubieżach scenariusza. Antony Hopkins jest w tym filmie jedynie cieniem samego siebie z pamiętnego Draculi. Postać Talbota-seniora jest płaska, motywacja głupia, głupsza chyba od motywacji pozostałej dwójki, a samo wykonanie nie zapada w pamięci. O co zresztą nie można mieć pretensji, bo zapomnieć o tym filmie, to najlepsze co można zrobić.

Wilk lubi mglistą pogodę (przysłowie osmańskie)

O fabule miało być w poprzedniej części, ale będzie teraz. Chociaż użycie słowa fabuła dla tego gniota to zbędna grzeczność. Mhm… Może powinniśmy być uczciwi. Ludzie chodzą na filmy o wikołaku (w szczególności na remaki) nie po to, aby dowiedzieć się czegoś nowego, ale po to aby obejrzeć od nowa tę samą historię jeszcze raz. I to jest w porządku. Nie w porządku natomiast jest fakt, że w związku z tym pozbawia się film z jakichkowliek smaczków. Akcja jest pusta w środku, intrygi sztuczne, perypetie i rozterki bohaterów nieprawdziwe, wszystko piętrzy się w coraz większym galimatiasie bezsensu. Jak na złość widzów traktuje się, jak durniów, którzy z mitem wilkołaka mają pierwszy raz do czynienia. W związku z tym otrzymują przedługi wykład o wilkołactwie, złożony z samym prostych informacji. A wykładem tym jest cały film. To boli.

Po przybyciu głównego bohatera do rodowej posiadłości naszym oczom ukazuje się opustoszały moloch, w którym jedne pomieszczenia toną w kurzu i pajęczynach, podczas gdy inne są wysprzątane i lśnią czystością (mimo, że poza jednym asystentem starego Talbota w domu nie ma służby) W domu tym mieszka wdowa po zabitym przez wilkołaka bracie Talbota-juniora, Gwen. Gwen wkrótce po przybyciu głównego bohatera opuszcza posiadłość, aby dosłownie po chwili wrócić, bo… „tego miejsca nie można opuścić”, poopiekować się schorowanym Del Toro… i znowu wyjechać (tym razem skutecznie) do Londynu. i znowu wrócić, aby w finale ukochać bestię. (Czy to jest spojler? Ne sądzę) Wątek romansowy (bo to z jego powodu postać Gwen w ogóle w filmie zaistniała) jest niepotrzebny i głupi. Oto zbolała wdowa, ni z tego nie z owego zakochuje się (teoretycznie, bo jakoś jej gra na to nie wskazuje) w bracie swojego męża, po tym, jak ten przespacerował się z nią parę razy po lesie. I żeby nie było wątpliwości – to już jest ta wielka miłość, która ma moc odczyniania złych czarów na wieki wieków. Amen.

Pozostałe wątki: mroczna historia rodu Talbotów i ich tajemnice, atakowana przez wilkołaka ludność pobliskiej wioski czy wreszcie epizod londyński nie oferują niczego poza irytacją i ładnymi pocztówkowymi obrazkami (co jakiś czas). Wszystkie te wątki napuchnięte od pompatyczności i formalnego efekciarstwa manifestacyjnie kłują w oczy bylejakością. I żeby nie było wątpliwości widowiskowość obrazu jest tak beznadziejnie sztuczna i napompowana, że nie stanowi ona jakiejkolwiek rekompensaty za niedostatki scenariusza.

Wilk morduje dla strawy, człowiek dla zabawy

Nazwisko reżysera nieprzypadkowo pojawiło się na początku recenzji. Joe Johnston to amerykański produkcyjniak i w takich produkcjach poniekąd się sprawdza (Park Jurajski 3), ale klimatyczny horror z ambicjami do Wielkiego Kina okazał się zbyt dużym wyzwaniem. Nieprzypadkowo zresztą największe kostiumowe horrory wykreowali wizjonerzy pokroju Coppoli (Dracula), Branagh (Frankenstein), czy Jordana (Wywiad z wampirem).

Bardzo rozczarowujące są sceny z udziałem samego wilkołaka, ograniczone do banalnej rzezi, eksploatującej tandetne gore. Tandetne bo nieszczególnie umotywowane. Film mógł spokojnie poradzić sobie bez nadmiernej eskalacji brutalnością, mimo to twórcy skorzystali z tego taniego środka szokowania widzów, co jak dla mnie oznaczy jedynie desperacje, pójście na łatwiznę i brak pomysłu.

Ten film jest tak nijaki, że nie mam ochoty już więcej o nim pisać. Uczciwie dodam tylko, że te zdjęcia, które nie śmierdzą kiczem, prezentują się dosyć nastrojowo i ładnie. Np. Sceny w szpitalu, posiadłość Talbotów. Obiecuję Wam jednak, że szybko się nimi znudzicie.

Reszta nadaje się do kosza. I niech tam ten film skończy. W koszu.

Nie oglądajcie!

About the author