Hellraiser: Sekta – recenzja

Hellraiser: Sekta – recenzja
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Mam ostatnio niesamowite szczęście do kiepskich filmów. Kiepskich książek. I zdecydowanie niekiepskich gier. Tydzień temu było o grze. Dzisiaj będzie o filmie.

Na początek.

Pierwotny scenariusz Hellraiser: Sekta został stworzony jako całkowicie odrębna historia, nie mająca ze światem Cenobitów nic wspólnego. Potem zdecydowano sie podłączyć go do znanej marki. Cenobici zostali tutaj wrzuceni trochę na siłę, ale raczej nie wydaje się, aby jakoś specjalnie rozmontowało to potencjał scenariusza. Film nadal jest spójny, prosty i przyjemny. Po paru miesiącach ubolewania, że w horrorze nic się nie dzieje, postanowiłem przestać się tym przejmować i niczym rasowy fanboy cieszyć się z tego, co jest dane. A dane mi na wczorajszy wieczór było obejrzeć Hellraisera: Sektę. Jako bloger powinienem prychnąć sarkastycznie i stwierdzić, że po seansie nie ma nawet o czym pisać, ale jako bloger-fanboy, cieszący się z tego, co ma, napiszę dużymi literami:

Zakochałem sie w głównej bohaterce filmu Hellraiser: Sekta. Amy Klein stała sie od wczoraj moją osobistą, archetypową, wymarzoną heroiną wszystkich kiepskich filmów. I nie mam tutaj na myśli trywialnego zachwycania się jej urodą (zwłaszcza, że te przyczepione z tyłu głowy kucyki nijak nie pasowały mi do całościowej kreacji [możliwe, że miały symbolizować jej nieprzepracowaną traumę z dzieciństwa]), ani grubiańskiego czepiania się niedostatków talentu aktorskiego (zwłaszcza, że Kari Wuhrer całkiem nieźle poradziła sobie z rolą Amy. Jej bohaterce tak dobrze patrzy z oczu, że nie sposób jej nie kibicować).

Ja się zakochałem w Amy Klein, bo to czadersko silna kobita jest. Nie jakaś tam popiskująca final girl w białym podkoszulku, pomazanym krwią (chociaż i temu musiała podołać), ale prawdziwa herod baba. Taka co to nie popatrzy maślanymi oczami na faceta, jak trzeba ubrudzi się błotem, a po ciężkim dniu pokrzepi wódką i papierosem.

Amy jest reporterką, która z poprzedniej pracy została zwolniona za (!) brak szacunku dla przełożonych. Kiedy ją spotykamy zbiera materiały do serii artykułów o wdzięcznym tytule: Jak zostać sprzedajną ćpunką.

Amy jest tak twarda, że nie tylko spóźnia się na spotkania w pracy, ale też potrafi przytemperować aroganckiego współpracownika, kiedy ten zacznie robić jej niewybredne aluzje seksualne. Amy potrafi jednak więcej, wchodząc do gabinetu szefa od razu, na wszelki wypadek rzuca: Pocałuj mnie gdzieś.

Dodatkowo wścibia nos tam, gdzie nie trzeba, nie boi sie żadnego ryzyka, pali papierosa za papierosem, dużo pije i jest diabelnie odważna. Kiedy ktoś ją ostrzega, aby w swoich poszukiwaniach tematu na artykuł nie szła dalej, odpowiada: Nie mogę! To pieprzona autodestrukcja!

Trzeba powiedzieć wprost: Gdyby role Amy dostała tak uroczo potrafiąca się przeginać Asia Argento, wyszłoby małe arcydzieło w temacie horrorowej heroiny. Na szczęście Kari Wuhrer poszła w drugą stronę. Uczyniła z Amy maskotkę, taką którą ma się ochotę przytulić, zabrać do domu i poczęstować czerwonym marlboro.

A więc dzielna i niezależna Amy Klein dostaje do zgłebienia nowy temat. Ma dowiedzieć się jak najwięcej o tajemniczej sekcie: Śmierciowcy, których mroczny i niebezpieczny guru potrafi wskrzeszać swoich wyznawców. W tym celu udaje sie do Bukaresztu, bo tam właśnie prowadzi jedyny ślad – Kaseta wideo jednej z nagraniem jednej z Śmierciowców. Droga do rozwikłania tajemnicy nie jest jednak prosta, główna bohaterka musi podołać nie tylko grupie zdegenerowanych mieszkańców jednego wagonu metra, ale też całej serii niezwykle malowniczych miejsc. Podróż po różnej maści spelunach, zrujnowanych domach i stacjach metra rozpoczyna się od odnalezienia kostki LeMarchanda w mieszkaniu pewnej, bardzo spektakularnie nieżyjącej, kobiety. Kostka przywołuje Pinheada, który przestraszywszy Amy, stylowo znika. Dzięki temu nasza niezastąpiona dziennikarka może nadal zmierzać w stronę autodestrukcji. Trafia na moment na policję, skąd wyciąga ją – objawiający niespodziewanie swoją obecność w Bukareszcie – szef Amy. Szef deklamuje nonszalancko (bo w filmie wszyscy są właśnie tacy nonszalanccy, dekadenccy i pozbawieni złudzeń) Znów ocaliłem mały, ale stosunkowo kształtny tyłeczek – i znika.

Kiedy Amy udaje się wreszcie spotkać z guru Śmieciożerców, a potem z Pinheadem, obydwoje tłumaczą herosce jej wyjątkowe znaczenie. Kompletnie nic z tego nie zrozumiałem. Zresztą guru, jak i Pinhead też wydawali się nic z tego nie rozumieć. Najważniejsze, że Amy chyba wiedziała, co ma zrobić, bo – skoro doczekaliśmy finału – najwyraźniej stanęła na wysokości zadania.

To prawda, że Cenobici (czyli właściwie ci, dla których Hellraisery się ogląda) w filmie prawie się nie pojawiali, ale ta schematyczna i zabawna fabuła, mimo wszystko udźwignęła ciężar, jaki na niej spoczywał. A zatem film ogląda się prawie z zapartym tchem. No chyba, że oczekujemy naprawdę jakiejś zaskakującej i mocnej historii. Sporym plusem filmu jest też scenografia, która (napiszę bluźnierstwo) przywodzi trochę na myśl lokacje z Silent Hill. To jest oczywiście tylko dodatek przyjemny dla oka, ale trzeba przyznać, że to i tak miło ze strony twórców, że sie postarali o jakiekolwiek wzbogacenie dialogów tych wszystkich zdegenerowanych nihilistów.

Film Hellraiser 7: Sekta warto więc obejrzeć nie dla Cenobitów, których nie ma, ani dla mocnego gore, którego nie ma, ale dla klimatycznej scenografii i oczywiście Amy. Amy, która jest twarda. Amy, która nie ma złudzeń i Amy, która skrywa mroczną tajemnicę z przeszłości. Takie bohaterki należy doceniać.

About the author