Instytut absurdu

Instytut absurdu
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

„Instytut” Jakuba Żulczyka niemal przez cały czas trzyma w napięciu. Niestety, to jedna z niewielu pozytywnych rzeczy, jakie można o powieści tej powiedzieć, bowiem autor „Radia Armagedon” więcej obiecuje, niż faktycznie proponuje czytelnikom.

Przede wszystkim: punkt wyjścia. Instytut to mieszkanie w kamienicy w centrum Krakowa, które w spadku otrzymuje Agnieszka – trzydziestokilkuletnia kobieta, zbliżająca się do momentu przełomowego w swoim życiu. Po latach wspólnego życia, które ze szczęściem nie miało nic wspólnego, Agnieszka decyduje się rozwieść z mężem, reżyserem-nieudacznikiem. Niestety, rodzina małżonka jest zbyt wpływowa, by nasza bohaterka mogła uzyskać natychmiast prawo do opieki nad nastoletnią córką. Obiecawszy więc swej pociesze, że wkrótce już będą mieszkały razem, Agnieszka wyprowadza się z Warszawy, pracuje jako barmanka i czerpie z życia pełnymi garściami. Toczy beztroski żywot wiecznej studentki, zalewany alkoholem, przygarniając do swego mieszkania kilkoro innych życiowych rozbitków. Takie życie nie daje jej szczęścia, ale z pewnością gwarantuje zapomnienie.

I zapewne idylla trwałaby o wiele dłużej, gdyby nie fakt, że pewnego wieczoru nasi bohaterowie odkrywają, iż zostali zamknięci w mieszkaniu. Udająca alterglobalistkę Iga – dziewczyna o skłonnościach homoseksualnych, kibol Sebastian, doznająca przedziwnych objawień Weronika, dwoje luźniejszych znajomych, dwójka antypatycznych sąsiadów oraz Rumun – mężczyzna doskonale zarabiający, a jednak lubujący się w mieszkaniu w tej ruderze, którego łączy z Agnieszką płomienny romans – oni właśnie zostają zamknięci w Instytucie, sam na sam ze swoimi lękami. Od tego momentu napięcie zaczyna narastać, a skrywane dotąd konflikty i antypatie wybuchają płomieniem, który spalić może wszystko i wszystkich. Na domiar złego, są jeszcze demoniczni „Oni” – ludzie, którzy odpowiadają za zamknięcie naszych bohaterów, żądający oddania mieszkania, które rzekomo do nich właśnie należy.

Żulczyk tworzy portrety swoich bohaterów bardzo sprawnie. Po raz kolejny można się przekonać, że niewielu współczesnych pisarzy rozumie dzisiejszych młodych Polaków tak, jak on. To dzięki temu, że tak dobrze poznajemy historię Agnieszki, a – niejako w tle – również losy jej przyjaciół, możemy się z nimi utożsamiać, współczuć czy po prostu przejmować się ich losem. Żulczyk – która to już książka wydana w ostatnim czasie dotycząca tego tematu – kreśli fascynujący portret pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków. Pokolenia ludzi – jak to określa Daniel Koziarski, inny świetny pisarz tej właśnie generacji – „za którymi wspaniała przyszłość”. Pokolenia, które tak naprawdę nigdy nie miało szans na odniesienie wielkiego sukcesu, choć jego przedstawiciele tak dobrze się zapowiadali, choć mieli zmieniać świat i tworzyć nową Polskę. Tymczasem nie tylko nie zmienili oni świata – mają nawet problemy z uporządkowaniem własnego życia. To właśnie bohaterowie są kluczem, zgodnie z którym należy interpretować jedną z ważniejszych i ciekawszych scen w powieści. Scenę, w której dowiadujemy się, kim są „Oni” dla każdego z bohaterów. Scenę metaforyczną, mocną, naprawdę dobrze pomyślaną.

Hipnotyzująca jest w tej powieści gęstniejąca ze strony na stronę atmosfera. Trzeba to Żulczykowi przyznać: odrobił lekcję i nauczył się budować napięcie jak zachodni mistrzowie gatunku. Jego powieść przykuwa uwagę, wciąga – tak, że od lektury oderwać się właściwie nie sposób. Żulczyk doskonale sobie radzi bez tworzenia obrazów różnego rodzaju potworów, piekielnych istot, które atakowałyby bohaterów z każdej strony, zalewając karty książki morzem krwi. Korzysta ze sprawdzonych zabiegów, klisz, chwytów, bardzo długo podtrzymuje napięcie, właściwie nie pokazując przeciwnika, nie ukazując wroga. „Oni” mogą czaić się w każdym ciemnym kącie. Wiedzą wszystko. Mogą zaatakować bohaterów w każdej chwili. A jednak…

A jednak powieść to ostatecznie spore rozczarowanie. Dlaczego? Bo, nie mając czasem dobrego pomysłu na rozwiązanie akcji, Żulczyk popada w kolejne absurdy. Rozumiem, że postępowanie ludzi w obliczu zagrożenia może być nieco irracjonalne, ale bohaterowie Żulczyka zachowują się momentami po prostu idiotycznie. Z kolei ich przeciwnicy, którzy rzekomo tak doskonale to wszystko zaplanowali, potrafią popełniać dziecinne błędy.

Ciekawy jest pomysł, zgodnie z którym akcja nie ma miejsca w opuszczonym domu na odludziu, ale w kamienicy w centrum wielkiego miasta, dzięki temu powieść jest jeszcze bardziej przerażająca, bowiem opresja, w jakiej znaleźli się bohaterowie, równie dobrze mogłaby dotknąć każdego z nas. Tylko dlaczego, do cholery, nikt z przechodniów w żaden sposób nie reaguje na niektóre z cudów wyczynianych przez bohaterów celem zwrócenia na siebie uwagi? Wreszcie – jakim cudem bohaterowie powieści nie potrafią rozwalić (albo zwyczajnie oderwać) desek, którymi okna zostały – uwaga! – zaklejone w czasie narkotycznego snu Agnieszki i jej przyjaciół? Dlaczego, zamiast spróbować poradzić sobie z sytuacją, wszyscy w powieści Żulczyka tylko szaleńczo biegają z kąta w kąt, soczyście przeklinają, od czasu do czasu biorąc środki uspokajające? To wszystko boli potężnie.

Nie bolałoby może tak bardzo, gdyby Żulczyk nie obiecywał nam naprawdę wiele. Gdyby umiał swą powieść wiarygodnie spointować, rozwiązać akcję w sposób nie pozostawiający wiele do życzenia. Tymczasem po zakończeniu lektury ma się wrażenie, jakby pisarzowi nie tylko brakło pomysłu na niektóre sceny, ale jakby brakło mu pomysłu na zwieńczenie książki. Wypada banalnie, przewidywalnie i wtórnie. Obiecująca w gruncie rzeczy powieść, miejscami zrealizowana naprawdę nieźle, zmienia się w tym momencie w drugorzędne „czytadło”. Dostarczające rozrywki – a, jakże. Ale zarazem tak puste. Boleśnie puste.

Sylwetkę Jakuba Żulczyka znaleźć będzie można w kolejnym numerze e-magazynu o książkach „Czytam” – więcej informacji na www.czytam.wwpol.com

About the author