Lost: Zagubieni s01e01 – recenzja odcinka

Lost: Zagubieni s01e01 – recenzja odcinka
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Tak jak obiecałem rozpoczynam swój projekt LOST.

Nie będę spojlerował dalej niż recenzowany odcinek. Więc dla tych, którzy jeszcze nie oglądali ostatnich sezonów, jest to z pewnością komfort. Z drugiej strony wiem, że takie szczegółowe wiwisekcje serialu, który już sam w sobie jest dość hermetyczny, mogą nie wzbudzić zainteresowania. W obliczu takiej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak tylko posypać głowę czymkolwiek i…

O Zagubionych pisałem już na tym blogu przy okazji, podsumowującej cztery pierwsze sezony, notki o horrorowych inklinacjach Lostów. Tutaj. Tym razem zapraszam na posiekaną na dziesiątki części recenzję tego, w rzeczywistości wieloodcinkowego filmu fabularnego, ktory łączący w sobie filozofię, tropy kultury masowej, fizykę, s-f i odniesienia do literatury.

s01e01 – Pilot. part one

Początek Zagubionych jest już kanoniczny: niespodziewane i absurdalne przebudzenie dr Jacka Shepharda w środku dżungli.

Zdezorientowany Shephard budzi się w filmie w podobny sposób, jak – w tym samym filmie – „budzą się”, zaczynający go oglądać, zdezorientowani jeszcze, widzowie. Przynajmniej w pewnym ujęciu. Tak samo, jak my budzimy się, zaczynając oglądać film i poddając się jego nierzeczywistej rzeczywistości, tak i Jack Shephard budzi się w tym samym momencie, w tym samym filmie i w podobnym stanie świadomości. Wiem, że nie jest to bardzo oryginalna interpretacja… Wiem, że w gruncie rzeczy jest to ordynarnie nie-oryginalna interpretacja. Dla mnie jednak takie odczytanie początku pilota ma bardzo malowniczy i znaczący wydźwięk. Zwłaszcza że Jack, w pewnym sensie, przez większą część historii pełni rolę przewodnika. Ma za zadanie przeprowadzić widza od momentu całkowitej niewiedzy do chwili opanowania, przynajmniej szczątkowo, sytuacji wyjściowej. Jeżeli uświadomimy sobie później, że Shephard jest manifestacją takiej skrajnie syntezującej świat osobowości, przypisana mu rola przewodnika okaże się całkowicie nieprzypadkowa.

Nonsensowność w jakiej przedsawiono pierwsze sekwencje (dżungla, spotkanie z białym labradorem (!), chaos i totalna dezorientacja) przywodzi na myśl logikę snu i trzeba przyznać, że nawet jeżeli taka sugestia jest dosyć trywialnym pójściem na skróty (ZNOWU), to ładnie ilustruje absurdalność sytuacji w jakiej znalazł się Jack Shephard i pozostali bohaterowie serialu. Podobnie jak widzowie, muszą oni poddać się zdarzeniom kreowanym na ekranie. A zdarzenia, oprócz tego, że ekstremalne i w pewnym sensie magiczne, są jak ze słynnego powiedzenia: Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma stale wzrastać. (Pod tym względem Lości są jak Biblia konwencji przygodowej i sensacyjnej. Pod względem paradygmatów gatunkowych trudno chyba o lepiej i dokładniej zrealizowaną fabułę. Wszystkie proporcje zachowane są idealnie).

Początkowym trzęsieniem ziemi w Zagubionych jest katastrofa samolotu linii lotniczych Oceanic Airlines, który z niewyjaśnionych przyczyn rozbił się na egzotycznej wyspie.

Po wydostaniu się przez Jacka z dżungli na plaże, oczom widzów ukazuje się spełniony koszmar. Martwi i poranieni ludzie, krzyki, panika i strach. Jack Shephard jednak po przebudzeniu i wyjściu z dżungli na plażę, zadziwiająco szybko odnajduje się w ekstremalnej sytuacji. Przejmuje kontrolę i organizuje pozostałych pasażerów-rozbitków w taki sposób, aby jak najefektywniej zniwelować negatywne skutki katastrofy. Towarzyszy temu zadziwiający kontekst. Przerażeni ludzie, śmierć i ruina, a dookoła idyllicznie piękna plaża, czyste niebo, woda i zielone drzewa.

Bohaterem pierwszego odcinka jest zatem Jack Shephard, lekarz-chirurg. To za jego pośrednictwem poznajemy pozostałych bohaterów tej historii: ciężarną Claire, pomocną Kate i nadgorliwego Boone’a. Nie chcę jednak w tym miejscu skupiać się na postaciach. Jeszcze nie. Szybko okazuje się że prawdziwym bohaterem serialu jest… wyspa. Już pierwszej nocy, kiedy rozbitkowie zasiadają przy ogniskach, z dżungli dochodzi gargantuiczny ryk. Ta przywodzącą na myśl Zaginiony świat manifestacja potencjonalnego monstrum, to z jednej strony przyjemnie zaskakująca odskocznia od wczesniejszego realizmu serialu; z drugiej natomiast ukłon w stronę schematów bezpretensjonalnego kina przygodowego w stylu Jurassic Park bądź King Konga.

Podsumowując pierwszy epizod napiszę tylko, że właśnie to odwołanie do prostej przygodówki i kolejne systematyczne dystansowanie się od niej na rzecz s-f okazało się chyba największym suspensem serialu. Początek historii, mimo że przepełniony grozą, tajemnicą i silnymi emocjami nie wychodzi poza pewne znane i akceptowane standardy telewizyjnej rozrywki. I tylko mocne zakończenie pierwszego odcinka (wędrówka trójki bohaterów do kokpitu, odnalezienie kapitana samolotu i zdobycie informacji o tym, że samolot zmienił kurs o setki mil i nikt nie wie, gdzie szukać rozbitków, a także powtórna, o wiele bardziej brutalna, materializacja „potwora”) zaostrza apetyt na więcej.

About the author