Powrót króla

Do najnowszej książki Stephena Kinga „Dallas 63” podchodzić trzeba było z dużą dozą nieufności. Podróże w czasie – motyw oklepany jak sama literatura. Zamach na Kennedy’ego – temat ograny co najmniej tak samo, a przy tym tak do bólu „amerykański”, że polskiego czytelnika nie powinien interesować w najmniejszym stopniu. A jednak. A jednak tak zwany „mistrz horroru” po raz kolejny potrafi przykuć do lektury siedmiusetstronicowej „cegły”, nie mamiąc czytelnika bajkami o wielkiej sile miłości czy tanim happy endem.

Tak, „Dallas …” to powieść o podróży w przeszłość.  Nauczyciel literatury pewnego dnia zostaje zaproszony do odwiedzenia spiżarni.znajomego. Dziwną tę prośbę, mimo pewnych oporów, Jake Epping decyduje się spełnić. Jakież jest jego zdziwienie, gdy odkrywa, że poprzez przejście w spiżarni ma szansę przenieść się kilkadziesiąt lat wstecz. Może posmakować dawnego piwa, którego smak przewyższa współczesny wielokrotnie. Może poczuć ówczesną atmosferę i poznać żyjących wówczas ludzi. Może też wiele rzeczy zmienić. Może uchronić przed kalectwem swoich przyjaciół, może zabrać z sobą do współczesności pewne pamiątki. Może też poczekać kilka lat i spróbować odkryć prawdę o zamachu na Kennedy’ego. A może nawet będzie mógł zapobiec śmierci JFK? Tylko czy rzeczywiście świat stanie się wówczas lepszy? Jak w takim wypadku potoczy się historia? Pytania te będą z pewnością nurtować czytelników ostatniej powieści Kinga przez wiele godzin. I mimo pewnej przewidywalności, narzuconej tu przez konwencję, raczej żaden z czytelników poszukujących w literaturze rozrywki czy emocji od lektury nie powinien odejść zawiedziony.

Można powiedzieć, że jest w tej powieści wszystko, czego można oczekiwać od literatury popularnej. Jest sprawdzona konstrukcja – przede wszystkim. Jest nośny temat. Jest dobrze budowane napięcie, są bohaterowie, którym nie sposób nie sekundować. Bohaterowie nakreśleni interesująco, wiarygodni, prawdziwi. Bohaterowie, których poznamy naprawdę dobrze i z którymi naprawdę przykro będzie się rozstać. Jest też miłość i – niejednokrotnie – jest zaskoczenie. A to już naprawdę dużo jak na – było nie było – literaturę o charakterze nade wszystko rozrywkowym.

Oczywiście, nie może tu być mowy o pojmowanym tradycyjnie prawdopodobieństwie. Autor nie udaje, że przesadnie wgłębiał się w teorie poświęcone równoległym światom, w paradoksy, jakie przyszło już rozważać fizykom czy miłośnikom tematu. Zasłania się faktem, że jego bohaterowie to w gruncie rzeczy ludzie prości, których mechanizm podróży w czasie nie interesuje. Do czasu, kiedy odkryją konsekwencje swych działań.

Przy tym wszystkim wypada jednak pamiętać, że King próbuje tu mierzyć się z jednym z najbardziej żywych amerykańskich mitów, ze źródłem setek spiskowych teorii i tematem wiecznie gorącym. King usiłuje też moralizować, tłumaczyć mechanizmy historii, zadawać naprawdę ważne pytania. Dobrze, że udaje mu się uniknąć wielu mielizn, na których polegli pisarze wielcy. Źle – bo mimo wszystko nie wydaje się, by poza niezłą historią i sporą dozą dobrej rozrywki Stephen King miał w tej powieści czytelnikowi do zaproponowania coś więcej. Tego zdecydowanie szkoda.

Nosowska. Nie do słuchania…

nosowska Trudna, nieoczywista, poszukująca – taka jest Katarzyna Nosowska w piosenkach ze swojej najnowszej płyty, „8”. I choć trudno tej muzyki słuchać od niechcenia, trudno włączać ją dla przyjemności, to przyznać trzeba, że poetka piosenki wspina się tym razem na wyżyny. I są to wyżyny prawdziwej sztuki.

 

„8” to album ogromnie spójny. Spójny, choć odwołuje się do artystów o bardzo różnym temperamencie, do muzyków reprezentujących bardzo różne nurty. Bjork – to skojarzenie chyba najbardziej oczywiste. Muzyczna alternatywa. Bowie, Arcade Fire. I może kilkunastu, może kilkudziesięciu innych artystów – zapewne każdy miłośnik Nosowskiej spędzi wiele godzin na poszukiwaniu podobnych źródeł czy inspiracji. Inspiracji, które Nosowska wspólnie z Marcinem Macukiem twórczo przetwarza, czasem odchodząc od nich naprawdę daleko.

 

Nosowska brzmieniem bardzo mocno zaskakuje. Są tu rewelacyjne instrumenty smyczkowe („Nomada”) i rozwibrowana gitara elektryczna („Daj spać”). Są elektroniczne wstawki, saksofon, czasem – mocny, wyraźny rytm. Charakterystyczny głos wokalistki z płyty na płytę brzmi coraz lepiej. I choć niektórzy te „smutki” Nosowskiej uznają za zawodzenie, to przy odrobinie wysiłku każdy odkrywać będzie mógł wszystkie barwy nowej płyty tej charyzmatycznej wokalistki.

 

Wiele piosenek z albumu zaczyna się od niemal ascetycznych dźwięków klawiszy („Ulala”) czy gitary („Kto?”). Szybko jednak muzyka w nich staje się coraz bardziej intensywna, a całość coraz mocniej nabrzmiewa muzyką. I treścią.

 

Treścią, bowiem płyta ta tekstowo jest po prostu niezrównana. Mamy tu nastrojowe obrazki („Pa”, „O lesie”), mamy też mocne kawałki, których siła nasuwa skojarzenia z malarskim ekspresjonizmem – jak choćby „Tętent”, który stanowi swego rodzaju „przed-płacz”, wstęp do krzyku i prawdziwej emocjonalnej eksplozji. Są tu teksty wprost przepełnione erotyką („Daj spać”), które po bliższym poznaniu okazują się o wiele głębsze, niż moglibyśmy oczekiwać. Są tu miłość i nie-miłość, strach przed uczuciami oraz pragnienie poddania się im. I choć czasem swoista asceza słowa, enigmatyczność części tekstów jest mocno przesadzona (wówczas – choć to zabrzmi obrazoburczo – wokalistka i autorka tekstów ociera się po prostu o bełkot), to naprawdę warto doszukiwać się ich sensu, interpretować i odkrywać wciąż na nowo.

 

Nie ma co się oszukiwać – albumem „8” Nosowska z pewnością nie trafi do każdego. Piosenkarka nie podlizuje się masowemu odbiorcy, nie idzie melomanom na rękę. Nosowska od swoich fanów wymaga bardzo wiele. Ale – przede wszystkim – wokalistka bardzo wiele wymaga od siebie. I to wydaje się jednym z największych jej atutów.

Jak nas zmienia technologia?

Naszła mnie dzisiaj dość nietypowa refleksja – otóż to, w jaki sposób korzystamy z Internetu, w dużej mierze determinowane jest przez urządzenie, z którego w danym momencie korzystamy.

Przykłady? Bardzo proszę. Do niedawna jeszcze jedyny wybór, jaki mieliśmy, to wybór między komputerem a laptopem. Właściwie były to urządzenia o podobnych możliwościach i w podobny sposób ich używaliśmy – cała różnica sprowadzała się do tego, że z laptopa korzystaliśmy w drodze / z poziomu fotela lub kanapy, a z komputera – w domu, pracy, przy biurku.

Problem zaczyna się w momencie mocnego wejścia na rynek urządzeń mobilnych z prawdziwego zdarzenia. I tu kilka kwestii.

Przede wszystkim: smartfony z klawiaturą fizyczną. Przyznam szczerze: do niedawna sądziłem, że bez klawiatury fizycznej nie da się ze smartfona korzystać w zastosowaniach biznesowych z prawdziwego zdarzenia. Potem moją optykę zmienił (wypaczył?) Samsung Galaxy SII – pierwszy smartfon z Androidem, który działał tak, jak powinien, co zrekompensowało mi brak klawiatury fizycznej. Przerzuciłem się więc nań z głębokim przekonaniem, że niczego nie tracę. Nie mogłem się bardziej mylić.

Za czasów Motoroli Milestone / Milestone 2 smartfon służył mi do prowadzenia służbowej w dużej mierze korespondencji. Mniej zajmowałem się na nim przeglądaniem blogów, czytaniem e-booków lub słuchaniem muzyki. Przypomnijmy, że oba te urządzenia wyróżnia świetna klawiatura fizyczna. Zdarzało mi się nawet pisywać na nich notki na blog, choć przy naprawdę długich tekstach potrafiło to być uciążliwe.

Inaczej po przejściu na Samsunga Galaxy SII. Tu mamy większy ekran, szybszy system, dużą płynność działania. Klawiaturę bezpowrotnie tracimy na rzecz Swype’a – rozwiązania genialnego, ale przy naprawdę długich tekstach czy korekcie nie do końca się sprawdzającego. To propozycja idealna do niezbyt obszernych maili – wówczas w zakresie szybkości pisania można osiągnąć wyniki wyśmienite, nawet lepsze niż przy klawiaturach fizycznych. Ale im dłuższy tekst będziemy pisali, tym nasza irytacja będzie bardziej rosła. W efekcie zorientowałem się, że z moim nowym smartfonem dobrze się bawię, wygodnie czytam i wypoczywam. Ale nie sprawia to, że liczba spraw do załatwienia maleje. Maile spływają i czekają na odpowiedź, notki na blogu same się nie piszą. Może i jestem bardziej wypoczęty – cóż jednak z tego?

Tymczasem po odesłaniu SGSII na gwarancję wróciłem do Milestone 2. Efekty już widać – uaktywniłem się, pisząc na GooglePlusie, wrzuciłem co nieco na blog. Maili o poranku po przyjściu do pracy jakby mniej. Wniosek? Dopowiedzcie go sobie sami…

Przyznaję: jeszcze nie dojrzałem do całkowitego odrzucenia SGSII. Na razie zaczynam być przekonany, że warto korzystać zwykle z dwóch urządzeń – jednego z klawiaturą, a drugiego – bez niej. Pytanie tylko, czy każdy potrzebuje nosić przy sobie aż dwa urządzenia. Niektórzy w drodze potrzebują laptopa do bardziej zaawansowanych zastosowań. A jeśli do tego dorzucimy jeszcze tablet, zaczynamy wyglądać jak przenośne stoisko z gadżetami…

No właśnie: tablet. Tablet, z którego korzysta się jeszcze inaczej. Idealny na konferencje prasowe (wygląda o niebo lepiej niż teczka / kartka z programem) lub do prezentacji multimedialnych. Dobry do sprawdzenia poczty, czytania prasy, przeglądania sieci. Sprawdza się przyzwoicie w przypadku czytania e-booków. A jednak większość internautów wykorzystuje go do gier. Próby pisania za jego pomocą bez dołączonej klawiatury fizycznej są możliwe do przeprowadzenia, owszem. Ale nikt na stałe nie będzie wykorzystywał tabletu bez klawiatury do pisania. Mimo gorących deklaracji – najczęściej ze strony wszelkiego rodzaju fanbojów.

Wszyscy doskonale wiemy, że technologia ma za zadanie ułatwiać nam życie. Tak się najczęściej dzieje – dzięki niej jest wygodniej, szybciej, łatwiej i przyjemniej. Ale rzadko kiedy uświadamiamy sobie, że technologia również współdecyduje o tym, w jaki sposób żyjemy, czym się zajmujemy, ile czasu poświęcamy na poszczególne czynności. Technologia może też decydować o tym, co robimy. A to już może okazać się niebezpieczne. Naprawdę niebezpieczne. 

Kto czyta „Książki”?

„Książki. Magazyn do czytania” – czyli jedno z pierwszych wysokonakładowych pism literackich, opublikowane wczoraj przez Agorę, bez wątpienia ma szansę na to, by zawojować rynek. Bo kwartalnik ten w idealnych proporcjach łączy doskonałe nazwiska znakomitych, popularnych autorów, do których przecież wydawca „Gazety Wyborczej” ma niemal nieograniczony dostęp, z ambitnymi tematami, poruszanymi jednak językiem bardzo przystępnym i wyrazistym.

Dotychczas było tak, że na rynku dominowały pisma bardzo hermetyczne – poruszające literackie tematy z punktu widzenia  nauk humanistycznych, zamieszczające wiersze lub utwory debiutantów, pisma odkrywające nowe zjawiska w literaturze lub po prostu magazyny bardzo ambitne i trudne w odbiorze. Siłą rzeczy ich nakłady wydawcy musieli mocno ograniczać – trudno oczekiwać bowiem, by „Zeszyty Literackie”, „HaArt” czy „Lampa” sprzedały się w kilkunastu tysiącach egzemplarzy. Niestety, z tego również powodu ich dostępność pozostawiała bardzo wiele do życzenia – kiedy zapytałem niedawno w bytomskim Empiku o jedno z tych pism, usłyszałem, że ostatnio widziano je w magazynie w… 2008 roku. Zapewne zresztą kupiłem je wówczas ja sam i na tym skończyło się grono nabywców. Z jednej więc strony istniały pisma, skierowane do dość specyficznego i ograniczonego grona odbiorców, z drugiej zaś – odbiorcy ci mieli do nich mocno ograniczony dostęp. Agora ma zapewne ambicję, by zmienić ten stan rzeczy. Wydaje więc pismo w zdecydowanie większym nakładzie i deklaruje, że obok dużych sieci księgarskich znajdziemy je także w wielu kioskach. Dobre kanały dystrybucji oraz promocji gwarantują, że jeśli pismo utrafi w gust odbiorców, osiągnie również sukces sprzedażowy.

 

Od porno do komandosów

W pierwszym numerze zaś znajdujemy teksty znakomite. Wydanie otwiera niezły tekst o Drużynie Szóstej, która odpowiada między innymi za wykonanie wyroku na ben Ladenie. Temat gorący, który zainteresuje nie tylko miłośników literatury, a sam artykuł zapowiada przy okazji książkę, która w sierpniu ukaże się nakładem Znaku. Dalej mamy dobry wywiad z Joanną Olczak-Ronikier, poświęcony biografii Janusza Korczaka – tekst nieco kontrowersyjny, mocno eksponowany za to na okładce. Autorzy „Książek…” zastanawiają się też nad kwestią coraz mniejszej dyskrecji w publikacjach biograficznych, przywołując między innymi dzieło wspomnianej już Olczak-Ronikier, jak również biografie Kapuścińskiego czy Czesława Miłosza. Oliver Sacks odkrywa przed czytelnikami pożytki z halucynacji, Wojciech Orliński przybliża im postać Marshalla McLuhana, a Olga Tokarzuk – Benedykta Chmielowskiego, pierwszego polskiego wikipedystę. W numerze goszczą i Zadie Smith, i Michel Houellebecq, i siostrzenica Franza Kafki. Są: porno, podróżowanie, ateizm, dobry serial oraz malarstwo włoskie w rewelacyjnym ujęciu Marii Poprzęckiej. Są książki ważne dla Marii Janion, nowości, które czyta świat, oraz znakomite kryminały. A wszystko to doskonale zredagowane i okraszone przyciągającymi uwagę tytułami.

 

Przystępność nade wszystko

Przyznaję otwarcie: choćbym nie wiem , jak bardzo chciał, nie mogę w piśmie tym znaleźć poważniejszych błędów. Jego redaktorzy i autorzy po prostu potrafią dotrzeć do czytelników. Nawet, jeśli któryś spośród tematów na pierwszy rzut oka wydaje się dość trudny czy bardziej hermetyczny, lead lub pierwszy akapit szybko wyprowadzają nas z błędu – ten temat może być ciekawy. Tu i Maria Janion rezygnuje z terminologii naukowej, przemawiając zrozumiałym językiem. „Książki. Magazyn do czytania” to trochę taki „Niezbędnik inteligenta” „Polityki”, tylko w wydaniu „Wyborczej” i bez pretensjonalnego tytułu.

 

Kreatywność, głupcze!

No właśnie: tytuł. Trudno mi wyobrazić sobie, kto zasugerował wydawcy, by nowe pismo okraszać tytułem, jaki nosi już popularny miesięcznik o nachyleniu branżowym. Zabieg to ryzykowny – nie wiem, jak wyglądają tu kwestie prawne (nie podejrzewam, by duża korporacja, jaką jest Agora, pozostawiła tę kwestię niewyjaśnioną), ale tytuł będzie wywoływał raczej skojarzenia z pismem hermetycznym, może też – z drugiej strony – wywołać dezorientację podzas dokonywania zakupu. Nie wspominając już o tym, że mamy na rynku jeszcze i „Nowe książki”, co chaos – już i tak spory – jeszcze potęguje. Mam wrażenie, że zespół redakcyjny pokusić się mógł o zdecydowanie większą kreatywność w tym zakresie.

 

Literatura a ideologia

Jest jeszcze jeden problem, a mianowicie: ideologia. Dobór tematów i autorytetów, które goszczą na łamach pisma nieodmiennie kojarzy się z linią redakcyjną i światopoglądową „Gazety Wyborczej”. Owszem, momentami pismo wykracza poza ramy tradycyjnych podziałów, które ostatnie lata bardzo mocno pogłębiły, ale nadal większości czytelników kojarzyć się będzie jednoznacznie.  Rozumiem, że spora część humanistyki zdominowana jest przez osoby lewicujące lub lewackie, mam jednak wrażenie, że i prawica coraz częściej i mocniej daje się tu słyszeć. Mam więc wrażenie, że jak machina medialna „Agory” jest bardzo dużą siłą pisma, tak i ona może „Książkom” momentami dość mocno zaszkodzić. I chyba tylko ona może dla pisma stanowić zagrożenie.

Kto lubi książki?

Czy serwis Booklikes.com jest w stanie zamieszać na światowym rynku witryn poświęconych książce? Mam szczerą nadzieję, że tak – każdy bowiem sukces polskiej firmy dobrze wróży nam wszystkim, nie wspominając o tym, że ożywienie w branży, jak zwykle, solidnie się przyda. Niestety, w chwili obecnej Booklikes.com więcej obiecuje, niż faktycznie oferuje. W dodatku kopiuje większość rozwiązań z serwisów, które na polskim rynku istnieją już od dłuższego czasu. A to podoba mi się zdecydowanie mniej.

Kilka dni temu czytaliśmy na Spidersweb.pl, że twórcy Okazjum.pl dostali się na amerykański SeedCamp, gdzie walczyć będą o uwagę inwestorów z serwisem agregującym informacje o dostępnych na rynku książkach, pozwalającym tworzyć indywidualne rekomendacje czytelnicze, prowadzić wirtualne biblioteczki oraz porównywać ceny w różnych księgarniach. To właśnie ta ostatnia funkcja w połączeniu z ogromną bazą informacji o książkach miała być największą siłą serwisu. Dziś, po fazie zamkniętych testów, serwis został udostępniony szerokiemu gronu odbiorców. I wszystkie moje obawy się potwierdziły.

W ostatnich kilku dniach pojawiały się zrzuty ekranu prezentujące serwis. Dotarł do nich między innymi Tadeusz Pilas z Bookmarketing.pl i Ksiazki.TV „Nakanapie.pl 2? Lubimyczytac.pl 2 i 1/2” – skomentowałem wówczas jego wpis na Facebooku. Dziś mogę powiedzieć otarcie – Booklikes.com to przeniesienie na grunt amerykański dobrych polskich stron internetowych. To po prostu klon tych serwisów. I nawet nie chcę myśleć, jak bardzo wściekli muszą być ich twórcy, że nie zdecydowali się wcześniej serwisów swych przetłumaczyć, znaleźć odpowiednich domen i udostępnić zachodnim internautom.

Na razie bowiem możemy na Booklikes.com dodać książki do wirtualnej biblioteczki – oznaczyć je jako czytane, przeczytane lub takie, po które sięgnąć chcemy. Możemy dodać do nich komentarze. Możemy śledzić biblioteczki naszych znajomych i obserwować profile znanych pisarzy (nie, żaden z nich na BookLikes.com się nie udziela). Na bazie naszych lektur serwis dostarczy nam kolejne rekomendacje czytelnicze. I w zasadzie to tyle, na razie bowiem nie mamy linku do zakupu książki czy porównywarki cen (twórcy chyba na razie pracują dopiero nad programami partnerskimi). Potężnym problemem jest też fakt, że nawet, jeśli dodamy kilka czy kilkanaście książek do naszej wirtualnej biblioteczki, a serwis wyświetli nam rekomendacje, to o poleconych nam książkach nie dowiemy się praktycznie niczego. Nie ma bowiem w Booklikes.com opublikowanych opisów wydawców. Prawdopodobnie twórcy liczyli na to, że zaległości te nadrobią użytkownicy, tu jednak całość będzie trwała dość długo i pierwsi internauci, którzy odwiedzą serwis, mogą być dość mocno rozczarowani.  Całość serwisu stworzona została po angielsku, a w bazie polskich książek szukać próżno. Start polskiej wersji serwisu planowany jest na końcówkę roku.

Nie chciałbym w tym miejscu oceniać szans Booklikes.com na rynku amerykańskim – nie jestem specjalistą w tym zakresie i nie wiem, na jak silną konkurencję serwis musi się nastawić – tamtejsze wortale obserwuję od przypadku do przypadku. Wiem natomiast, że w Polsce takie serwisy tworzone były przez pasjonatów, którzy dopiero z czasem swoją działalność profesjonalizowali. Znali jednak już na starcie potrzeby danego rynku i preferencje internautów. Bez tego sukces Booklikes.com za oceanem może nie być pewny.

Wiem też, że serwis w Polsce może mieć niejakie problemy ze zdobyciem stałego grona wiernych użytkowników. Przede wszystkim jego reklama we „Wproście” to jednak falstart z punktu widzenia większości polskich użytkowników – niewiele osób zachwyci się u nas serwisem, w którym po prostu nie ma polskich książek. Druga sprawa to unikalność oferty serwisu. A ta, jako się rzekło, jest zerowa. Nie wiem, po co przeciętny użytkownik miałby przenosić swoje konto z Lubimyczytac.pl, Nakanapie.pl, Biblionetki.pl czy – wreszcie – z serwisu Granice.pl? By zyskać dostęp do bazy książek zagranicznych? Powiedzmy otwarcie – w Polsce miłośnicy książek wydanych w obcych językach to margines. To specjaliści w zakresie nowych technologii, programiści oraz – być może – część marketingowców czy ekonomistów. I raczej szybko ów stan rzeczy się nie zmieni. Resztę zaś funkcji użytkownicy znajdą w serwisach, w których konta już mają, w których mają już swoje wirtualne biblioteczki i historię czytelniczych przygód. Po co mieliby zaczynać od nowa? Tego po prostu nie rozumiem.

Na koniec powtórzę rzecz, o której w tym blogu pisałem już niejednokrotnie: bardzo nie lubię klonów istniejących już serwisów. Jako osobie parającej się literaturą wydają się one po prostu plagiatem – a wszyscy wiemy, co się z tym wiąże. Booklikes.com zaś – to również powtórzę po raz kolejny – nic nowego swoim użytkownikom na razie nie oferuje i od naprawdę ostrej krytyki powstrzymuje mnie przede wszystkim fakt, że serwis zaczyna od próby zawojowania rynku amerykańskiego. Współczuję więc konkurencyjnym serwisom przyszłego rywala, który garściami czerpie z ich funkcji, zarazem jednak sugerując wiele spokoju. To nie jest łatwy rynek. I sukces nowej inicjatywy może być o wiele trudniejszy, niż się komukolwiek wydaje.

Kryzys wieku średniego

Tuż po premierze siódmego sezonu „Doktora House’a” („House MD”) usłyszałem mało może wyszukane stwierdzenie, że serial ten staje się „tasiemcem dla  bab”. Dziś, gdy na kilka miesięcy skończyliśmy ze śledzeniem przygód niepokornego lekarza, nikt już chyba nie ma wątpliwości – przedostatni sezon sprawił, że ulubiony serial milionów ludzi na całym świecie przeistoczył się (chyba już ostatecznie) z cyklu medyczno-kryminalnego z elementami obyczajowymi w serial obyczajowy z elementami medycznymi i kryminalnymi. A przemiana ta nie wyszła mu na dobre.

 

By nie zdradzić zbyt wiele, a jedynie zarysować fabułę – w siódmym sezonie scenarzyści skupili się na coraz głębszej i bliższej relacji Cuddy – House. Poznaliśmy matkę szefowej szpitala, przybliżono nam niełatwe relacje obu kobiet, mieliśmy okazję spotkać się z siostrą Cuddy. Niejako w tle powracał regularnie wątek małżeństwa Tauba – pracującego w zespole House’a byłego chirurga plastycznego – oraz jego relacji z innymi kobietami. Do zespołu dołączyła też Masters – młodziutka, genialna lekarka, przepełniona młodzieńczymi ideałami maksymalistka moralna, całkowite przeciwieństwo głównego bohatera. To właśnie kolejne jej konflikty z Housem, kolejne ich scysje i dyskusje stanowiły najjaśniejsze punkty sezonu. Na nieco dalszy plan zeszła z kolei „Trzynastka” i jej choroba – przez większość sezonu była nieobecna, bowiem aktorka zajęta była między innymi pracą przy filmie „Tron”. Obok Masters miejsce „Trzynastki” na krótko zajęła rosyjska emigrantka (grana przez aktorkę polskiego pochodzenia), której House pewnego dnia postanowił pomóc odnaleźć swe miejsce w amerykańskiej rzeczywistości.

 

Trudno powiedzieć, by sezon siódmy był sezonem fatalnym. Twórcy serialu – mimo zdecydowanego spadku formy – nadal dysponują znakomitym materiałem i często potrafią znakomicie go wykorzystać. Kłótnie House’a z matką Cuddy i odcinki, w których grała ona niepoślednią rolę widzowie z pewnością zapamiętają na długo. Powrót „Trzynastki” scenarzyści wykorzystali znakomicie, tworząc jeden z ciekawszych odcinków serii. Z kolei choroba Cuddy przyniosła z sobą zabawę formą i grę konwencjami teledysku, horroru i slapsticku. Ryzykowny był to odcinek, szalony, taki, który spore grono widzów mógł odrzucić, ale zarazem pod względem formalnym – dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Mnie ogromnie szkoda postaci Masters, która z serialu zniknęła, choć stanowiła pretekst do stworzenia jeszcze co najmniej kilku dobrych scen. Ciekawie zapowiadał się też odcinek ostatni, w którym twórcy pokusili się o refleksję nad granicami sztuki, ale który zakończeniem fatalnie zmarnowali.

 

Słabostek było w serialu więcej. Widać było momentami, jak trudno przez siedem kolejnych lat trwać w konwencji serialu medycznego, jak trudno o świeże pomysły przy konieczności zachowania konsekwencji. O ile wcześniej w niemal każdym odcinku scenarzyści starali się dołożyć dodatkowy element do portretu House’a, czy jego współpracowników (na co świetnie zwracał uwagę oficjalny przewodnik po serialu), o tyle w sezonie siódmym zdarzały się solidne niekonsekwencje.

 

Główny bohater stał się rozhisteryzowany (o ile wcześniej bywał po prostu rozchwiany psychicznie, co w kontekście jego uzależnienia wypadało wiarygodnie). „Trzynastka” po świetnym odcinku z jej powrotem stała się postacią niedookreśloną – o jej chorobie nie wiemy wiele, nie widać jej postępów, a sama bohaterka zachowuje się momentami tak, jakby Huntington determinował jej poczynania, zaś momentami – jakby o swojej dolegliwości w ogóle nie pamiętała. Decyzje Cuddy czasem wydają się wyborami niezrównoważonej nastolatki, Taub rozdarty jest między, przepraszam bardzo, chucią i miłością, a pozostali bohaterowie… Cóż, wygląda na to, że oni są teraz już tylko tłem.

 

Niemal dokładnie rok temu podsumowywałem sezon szósty, do którego obejrzenia – mimo wielu mankamentów – dość mocno widzów zachęcałem. Dziś jestem nieco mniej pewny słuszności postawionych wówczas tez i raczej nie mam zbyt wielkich nadziei na to, że „House” jeszcze wróci do formy, że serialowe tajemnice znajdą satysfakcjonujące wyjaśnienie. Dlaczego?

 

Bowiem „House” z odcinka na odcinek stawał się coraz mniej wiarygodny, coraz bardziej też irytował widzów. Przełożyło się to zresztą na oglądalność, a ze spadkiem oglądalności przyszło obcięcie budżetu. W efekcie w ostatnim, ósmym sezonie, nie zobaczymy na przykład Lisy Edelstein (Cuddy), która dotychczas była jednym z ośrodków, wokół których toczyło się życie House’a. Trudnej relacji tych dwojga nie zastąpią raczej dylematy bohaterów drugoplanowych.

 

Spodziewałbym się więc w ósmym sezonie zamknięcia wątku choroby „Trzynastki”, nadobecności Tauba oraz jego kobiety lub kobiet. Zastanawiam się, w jaki sposób scenarzyści wyjdą z impasu spowodowanego fatalnym w powszechnym odczuciu ostatnim odcinkiem serii, który nakazywałby chyba ponowne umieszczenie House’a w zakładzie zamkniętym. Ale czy widzowie są w stanie raz jeszcze „kupić” nieco już zgrane pomysły? Spodziewałbym się więc – na koniec – stopniowego spadku popularności i zamknięcia serialu. Serialu, który pozostanie na dobrym poziomie, ale który najlepsze lata zdecydowanie ma już za sobą.

Mistrz i Manuela

transBrudna, szokująca, pozostająca gdzieś w połowie drogi między literaturą piękną a prozą porno czy doniesieniami „Pudelka” – tak wiele osób pewnie podsumuje najnowszą powieść Manueli Gretkowskiej. Nie można zaprzeczyć – w stwierdzeniu tym będzie trochę racji. Ale nie można też pominąć faktu, że „Trans” to zarazem kawał naprawdę dobrej literatury.

 

Po szeroko dyskutowanych wczesnych książkach – „My zdies’ emigranty”, „Tarocie paryskim” czy „Kabarecie metafizycznym”, które Gretkowskiej przyniosły spore uznanie oraz niemal tak samo liczne grono miłośników, co przeciwników, autorka jakby osiadła na laurach, stała się bardziej grzeczna i skupiła się na gładkich powiastkach obyczajowych, w których sprawnie realizowała reguły gatunku, ale Parnasu nie sięgała. Coś drgnęło, gdy około roku temu opublikowała „Miłość po polsku”, ale dopiero „Trans” stanowić może prawdziwy punkt zwrotny w jej literackiej karierze.

 

Bohaterka powieści, młoda dziewczyna pochodząca z Polski, wraz z niedawno poślubionym mężem trafia w latach osiemdziesiątych do Paryża. Tu oboje imają się różnych zajęć – studiują, on nadto pracuje jako stróż, dorabiając sobie w środowisku paryskiej „Kultury”, ona zaś coraz mocniej pogrąża się w zainteresowaniu szamanizmem i eksperymentach (także natury erotycznej) z kolejnymi mężczyznami. Gdy temperament naszej bohaterki wychodzi na jaw, małżeństwo się rozpada. Ona sama ląduje na dnie, by błyskawicznie wejść na sam szczyt i móc zaistnieć jako scenarzystka, a zarazem kochanka wielkiego reżysera, przez wiele lat mieszkającego we Francji, który rzuca dla niej wielką gwiazdę filmową. „Marysia”, bo tak, pieszczotliwie, nazywa ją wielekroć starszy kochanek, oraz Laski wkraczają w świat seksu, a równocześnie wspólnie pracują nad filmem, który zawojować ma polskie kina. To właśnie ten związek stanie się punktem zwrotnym w życiu naszej bohaterki, to właśnie on sprawi, że „Marysia” dorośnie, dojrzeje, otrząśnie się z trwającego wcześniej tytułowego „Transu”. To on zarazem sprawi, że nasza bohaterka wyzbędzie się wszelkich złudzeń.

 

Gretkowska, od lat regularnie goszcząca w kolorowych magazynach i popularnych programach telewizyjnych, nie stara się nawet ukrywać, że „Trans” to powieść „z kluczem”. Kluczem najprostszym – biograficznym. Twórczyni Partii Kobiet niemal wprost mówi, że w powieści opisuje swoje pierwsze małżeństwo (z do niedawna prawicowym, a obecnie związanym z Krytyką Polityczną publicystą, Cezarym Michalskim) oraz związek z reżyserem Andrzejem Żuławskim, który zaowocował wyjątkowo nieudanym filmem „Szamanka”. A miłośnicy portali plotkarskich odnajdą tu również przy odrobinie dobrej woli i innych celebrytów – popularnych aktorów (z Bogusławem Lidą na czele), pisarzy, filmowców…

 

Zabieg to – być może – celowy, nastawiony na pozyskanie zainteresowania naprawdę szerokiej publiczności. Bardzo silne zaznaczenie akcentów autobiograficznych zapewni „Transowi” na pewno spore grono czytelników. Nie zmniejszy go z pewnością fakt, że Gretkowska w swojej książce posługuje się językiem bardzo mocnym, a o seksie pisze otwarcie i bezpruderyjnie. W jednym z serwisów internetowych można było znaleźć opinię, że „natężenie ch* na centymetr kwadratowy strony książki” jest w przypadku „Transu” bardzo wysokie. Trudno się ze stwierdzeniem tym nie zgodzić – Gretkowska bywa wulgarna i obsceniczna, a otwartość niektórych opisów może wprawić w zakłopotanie nawet najbardziej postępowych czytelników. Niestety – analiza wyziewów z jelit jednego z głównych bohaterów, czy szczegółowe opisy zachowania genitaliów podczas seksu wywołują zakłopotanie i niosą wątpliwości, czy ich obecność to rzeczywiście literacka konieczność. To właśnie elementy autobiograficzne i erotyka, zestawiona często ze sferą doświadczeń religijnych, wywołać mogą w bardziej wrażliwych odbiorcach wrażenie, jakby właśnie sięgnęli po „Fakt” czy „Super Express”. Rzecz w tym, że owe zabiegi służą nie tylko szokowaniu czytelników czy przyciągnięciu żądnych sensacji odbiorców. Po przedarciu się przez nie docieramy bowiem do prozy pozostającej po prostu na najwyższym poziomie.

 

„Trans” jest bowiem napisany znakomicie. Zgodnie z regułami Hitchcocka: zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie stopniowo rośnie. W pierwszych zdaniach wraz z narratorką skaczemy na główkę, by pogrążyć się w otchłani powieściowego świata, by poznać kulisy, realia świata, w którym rozgrywa się ta historia. Potem napięcie nieco słabnie, gdy narratorka analizuje swój pierwszy związek, by wzrosnąć w momencie spotkania wielkiego reżysera, a następnie zmierzać ku dramatycznemu finałowi. Wtedy też powieść staje się najbardziej emocjonalna, zaangażowana i mocna. Gretkowska jako pisarka potrafi przykuć uwagę czytelnika, potrafi napięcie budować, potrafi sprawić, by od jej książki nie można było się oderwać. „Trans” najzwyczajniej w świecie świetnie się czyta, co w przypadku prozy „z ambicjami” wcale nie jest takie oczywiste.

 

Co zaś wskazuje na fakt, że „Trans” ma być czymś więcej niż tylko literaturą popularną czy odwetem za niedopuszczoną do sprzedaży wspomnieniowo-fikcyjną książkę Andrzeja Żuławskiego „Nocnik”? Wspaniałe i wiarygodne w najdrobniejszych szczegółach portrety obojga głównych bohaterów. Laski bowiem, choć potworny i sprawiający wrażenie erotycznego satyra, pławiącego się w seksualnej perwersji, nie zostaje jednoznacznie potępiony. Narratorka próbuje dociec przyczyn, dla których na starość z wielkiego artysty, wziętego reżysera, przeobraził się on w monstrum. Zastanawia się też, czy nadal na pewnym poziomie nie pozostaje on demiurgiem-artystą – przeobrażając kolejne dziewczyny wedle własnej fantazji, wykorzystując je, ale i tworząc z nich prawdziwe dzieła sztuki.

 

A „Marysia”? Cóż, ona także ani jest niewiniątkiem, ani wyłącznie ofiarą sadysty-potwora. W związek z Laskim wchodzi przecież na własne życzenie i trudno uwierzyć, by mimo kolejnych sygnałów ze strony partnera była na tyle naiwna, by wierzyć w możliwość stworzenia trwałego i zupełnie szczęśliwego związku. Pierwsze małżeństwo rozbite zostaje w pewnej mierze z jej winy, również jej decyzją jest pogrążanie się w otchłani środków halucynogennych, które sprawiają, że świat wydaje się piękniejszy czy po prostu lżejszy do zniesienia. Postać „Marysi” jest, owszem, oskarżeniem mężczyzn, którzy wykorzystują uprzywilejowaną pozycję w społeczeństwie, ale nie jest zarazem tanią i papierową postacią z feministycznej „czytanki” – to dziewczyna z krwi i kości, która na toksycznym a uzależniającym związku również nieco zyska topcollegepapers.net. Zyska dojrzałość, zupełnie nową perspektywę, otwartość, spojrzenie na świat. Co w pewien pokrętny sposób docenia również narratorka powieści.

 

Okazuje się więc „Trans” książką wymykającą się łatwym, jednoznacznym klasyfikacjom. I choć miejscami nazbyt odważne, niepotrzebne opisy, częste zestawienia sfery religii (sacrum) z erotyką (profanum) oraz wulgarne słownictwo sprawiają, że nie każdy sięgnie (i nie każdy sięgnąć powinien) po tę powieść, to na tle niezbyt wyrazistej i po prostu słabej większości współczesnej polskiej prozy stanowi ona propozycję naprawdę ważną, wyrazistą i interesującą.

 

GalaxyTab: klawiatura ze stacją dokującą – pierwsze testy

galaxy

Jak pewnie niektórzy czytelnicy tego blogu wiedzą, w grudniu stałem się mniej lub bardziej szczęśliwym posiadaczem tabletu Samsung GalaxyTab. Póki co jestem przekonany, źe spośród dostępnych na rynku tabletów to najlepsze rozwiązanie do mobilnych rozwiązań w biznesie. Do tego stanu rzeczy przyczynia się wiele czynników – od rozmiarów (urządzenia dziesięciocalowe z mobilnością nie mają zupełnie nic wspólnego), przez klawiaturę Swype, aż po obsługę Flasha. Nie można było jednak ukrywać, że w niektórych sytuacjach klawiatura ekranowa nie zastąpi tradycyjnej, fizycznej. Dlatego po długich walkach i cierpieniach „dorobiłem się” również fizycznej klawiatury do swojego tabletu. Ten wpis przygotowuję w całości za jej pomocą, a już wkrótce postaram się przedstawić najważniejsze wrażenia z jej użytkowania.

Pierwsze odczucia? Jest malutka. Klawisze nie są wielkie, trafić w nie dość łatwo, choć poruszanie się po prawej części, ze znakami specjalnymi, strzałkami etc. może nastręczać pewnych trudności. Od razu widać też, że bardzo, bardzo brakuje prawego przycisku Alt – by wprowadzić polskie znaki, trzeba długo przytrzymać konkretny klawisz i na razie nie znalazłem dobrego rozwiązania tego problemu. Klawiatura jest dość ciężka, co przyczynia się jednak do zwiększenia jej stabilności. Siedząc na kanapie z wyciągniętymi do przodu nogami (prawdę powiedziawszy, to obok podróży pociągiem właśnie na zastosowaniach „kanapowych” najbardziej mi zależało), pracuje się na niej bardzo wygodnie. Ugięcie nóg bardzo komfort pracy zmniejsza, niestety. Co więcej? O tym przekonamy się wspólnie w najbliższym czasie.

Do króliczej nory…

miedzyswiatamiChoć dystrybutor filmu „The rabbit hole” („Między światami”) dołącza do grona tych, którzy zaakceptowali lub wymusili fatalne tłumaczenie tytułu, obraz Johna Camerona Mitchella obejrzeć zdecydowanie warto. Bo to nie tylko bardzo wiarygodne studium żałoby czy wychodzenia z niej, ale też kolejny film składający się na poruszający portret amerykańskiej klasy średniej. Portret bardzo odległy od tego, do czego przyzwyczajają nas wysokobudżetowe produkcje.

Becca i Howie Corbett to małżeństwo dotknięte ogromnym nieszczęściem. W nie tak odległej przeszłości nasi bohaterowie stracili synka i nadal nie potrafią pogodzić się z jego stratą. Podejmują jednak kolejne próby ułożenia sobie życia na nowo. Howie wymusza na żonie uczestnictwo w terapii grupowej, Becca zaś stara się o tragedii zapomnieć, wyzbywając się z domu pamiątek po dziecku. Cóż, kiedy sposoby te nie tylko nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, ale wydają się ranić oboje małżonków i sprawiać, że w tak trudnej sytuacji jeszcze bardziej oddalają się oni od siebie. Howie coraz bardziej zbliża się do pewnej uczestniczki terapii, Becca zaś w sekrecie spotyka się z pewnym młodym chłopcem… Czy w tej sytuacji jest jeszcze nadzieja, że odnajdą swą drogę do szczęścia, czy choćby do normalności?

Nie bez powodu nawiązuję tu do filmu Sama Mendesa, bowiem „Między światami” takie skojarzenia niemal wymusza. Znów mamy dwoje bohaterów, znów stają oni na rozdrożu, znów – coraz bardziej oddalają się od siebie. Znowu też ich losy składają się na historię bardzo kameralną, ogromnie wypełnioną emocjami. I – co tu kryć – bardzo „filmową”.

John Cameron Mitchell bardzo dobry scenariusz skrzętnie wykorzystał. Pięknie buduje atmosferę, napięcie, bardzo sprawnie pokazuje emocje pomiędzy bohaterami. Spora w tym zasługa aktorów – Kidman stworzyła chyba faktycznie jedną z najlepszych kreacji w karierze, a Eckhart udowadnia w tym filmie, że jest aktorem zaskakująco dobrym. W niczym nie ustępuje im Dianne Wiest jako matka głównej bohaterki, która na swój nieco nieudolny sposób, opowiadając o stracie własnego dziecka, usiłuje pomóc córce.

Twórcy, operując bardzo skromnymi środkami, szybko przykuwają uwagę widza. I choć zdarzają się drobne niedociągnięcia (wątek obsesji Becki na punkcie młodego chłopaka, choć w pewnym momencie okazuje się niemal trzęsieniem ziemi, zostaje ostatecznie nie do końca wykorzystany), całość wypada ogromnie wiarygodnie. Film Mitchella niemal buduje skrzętnie skrywanymi urazami, stawianymi sobie nawzajem zarzutami, winami przypisywanymi innym i sobie samemu. Atmosfera gęstnieje z minuty na minutę, stając się dla bohaterów nieznośnym ciężarem. Zrzucenie go okaże się bardzo oczyszczającym doświadczeniem. Również dla widzów.

Zamiast komputera?

tabletWe wszystkich recenzjach tabletów dostępnych w mediach tradycyjnych i elektronicznych znajdziemy setki informacji technicznych, poznamy szczegóły dotyczące funkcjonowania tych urządzeń, ale nie dowiemy się, do czego właściwie są nam one potrzebne. Nie dowiemy się, co to za urządzenia, jakie są ich strony mocne lub słabe i do czego właściwie mogą nam się przydać.

 

Co to jest tablet?

Tablet to urządzenie, które zdefiniował na nowo wypuszczony na rynek rok temu przez firmę Apple iPad. To urządzenie, które składa się przede wszystkim z płaskiego dotykowego ekranu. Jego wielkość może być rożna, najczęściej jednak oscyluje w granicach 7 – 10 cali. Posiada system operacyjny (najczęściej iOS lub Android), często – moduł WiFi, 3g, GPS, daje możliwość instalowania aplikacji. Dla zupełnych laików: to tabliczka z ekranem, która może tyle, ile komputer. Albo prawie tyle samo. Niegdyś tablet mógł być laptopem wyposażonym w ekran dotykowy – tak było choćby z moją ToshibąPortege, która służyła mi dzielnie przez wiele lat, a teraz wykorzystujemy ją głównie do celów związanych z rysunkiem i grafiką.

 

Po co nam tablety?

To zależy. Zależy od potrzeb, oczekiwań, zależy od urządzenia i użytkownika. Na pewno służą one do konsumpcji mediów – czytania prasy i e-booków, wertowania internetu, oglądania filmów i telewizji, słuchania muzyki. Służą też rozrywce – mogą okazać się przenośnymi konsolami do gier.

 

Tablet a produktywność

Mogą także tablety służyć do pracy i przyznaję, że był to główny argument podczas wyboru urządzenia w moim przypadku. Można za pomocą tabletu zarządzać swoim kalendarzem,  można czytać i odpowiadać na maile, można pisać teksty, odtwarzać i przygotowywać prezentacje multimedialne,  edytować arkusze kalkulacyjne. Można robić notatki, korzystać z komunikatorów (Skype!) A wszystko to w każdej chwili, w każdym miejscu i czasie.

 

Czy tablety są nam potrzebne?

Tu znów odpowiedź będzie brzmiała: to zależy. Na pewno trzeba zaznaczyć, że tablet da się zastąpić. Jeśli i tak wszędzie nosicie ze sobą laptopa, to z pewnością da on Wam większe możliwości. Tablet nigdy nie zastąpi wszystkich funkcji komputera. Na pewno jednak w wielu przypadkach okaże się wygodniejszy.

 

Największe zalety

Rozmiary. Tablety są znacznie mniejsze i cieńsze od laptopów czy nawet netbooków. Są bardziej mobilne, urządzenia o wielkości 7 cali spokojnie włożycie do kieszeni spodni (nie polecam), płaszcza lub marynarki. Włączają się błyskawicznie – są w zasadzie przez cały czas gotowe do pracy. Mają mocną baterię: 7-10 godzin pracy (dłużej przy wyłączonych WiFi i 3G, krócej przy intensywnym z nich korzystaniu). Są poręczne, wygodne, nie potrzebują masy urządzeń peryferyjnych do wygodnego z nich korzystania. Są niemal idealne jeśli chodzi o czytanie e-booków i gazet, choć bardziej korzystne dla oczu jest korzystanie z czytników opartych na technologii e-papieru.

 

Największe wady:

Cena. Nawet najtańszy tablet droższy jest niż popularne netbooki.  Poza tym programów, których używasz na komputerze, nie zainstalujesz na tablecie. Są oczywiście ich odpowiedniki, ale o pełnym zastąpieniu choćby popularnego Photoshopa można na razie zapomnieć. Tablet to raczej uzupełnienie komputera niż sposób na jego zastąpienie. Chociaż, w niektórych przypadkach…

 

Tekst stanowi pierwszą część cyklu, który ukazywał się będzie na łamach NoBooks.pl