Wypadek przy pracy (recenzja „Pana Mercedesa”)

Niby jest tu wszystko to, do czego King przyzwyczaił swoich fanów – świetnie opisany mikrokosmos małych amerykańskich miasteczek, szczegółowe historie poszczególnych bohaterów, poczucie humoru i zjadliwa ironia w narracji, a jednak „mistrz horroru”, próbując przełamać schematy gatunkowe powieści detektywistycznej / powieści noir, popada w klisze i schematy jeszcze gorsze – chociażby te znane z amerykańskich seriali (bohater ze „skazą” – emerytowany detektyw „po przejściach”, który traci sens życia do momentu, gdy podejmuje się ostatniego zadania – a dalej jest jeszcze gorzej). Cała recenzja – tradycyjnie – na Granicach:

-> recenzja książki „Pan Mercedes”

 

Literatura spod kopuły

Serial na podstawie powieści „Pod kopułą” Stephena Kinga zaczął się od mocnego uderzenia. A potem napięcie stale  wzrastało. Niestety – przede wszystkim w dwóch pierwszych odcinkach.

Continue reading “Literatura spod kopuły” »

„Varelse” znaczy „człowiek”

Języki nordyckie rozróżniają cztery stopnie obcości. Pierwszy to cudzoziemiec, albo „utlänning”, obcy, którego uznajemy za człowieka, ale z innego miasta lub kraju. Drugi to framling – Demostenes po prostu odrzucił akcent z nordyckiego „främling”. To obcy, którego uznajemy za człowieka, ale z innego świata. Trzecim jest ramen, obcy uznawany za człowieka, lecz innego gatunku. Wreszcie czwarty, prawdziwie obcy, varelse. W tej klasie mieszczą się wszystkie zwierzęta, gdyż kontakt z nimi jest niemożliwy. Żyją, ale nie potrafimy odgadnąć celów, jakie skłaniają je do działania. Mogą być inteligentne, mogą być świadome, ale my nie potrafimy się o tym przekonać.

Orson Scott Card, Mówca umarłych

Jest pewien paradoks, który uderza mnie za każdym razem, kiedy sięgam po książki Orsona Scotta Carda – autora Gry Endera, powieści, do której wracam często jak chyba do żadnej innej książki. Powieści, w której nastoletnie dzieciaki zajmują się głównie analizowaniem zachowania własnego, wnikaniem w motywacje, jakimi kierują się dorośli i szukaniem sposobów, by wiedzę tę wykorzystać. Książki, w której przeżycia wewnętrzne bohaterów okazują się ciekawsze niż wartko płynąca akcja. W przypadku twórczości Carda mianowicie z jednej strony z lubością oddajemy się analizie życia wewnętrznego bohaterów, z drugiej zaś szybko dochodzimy do konstatacji, że nikogo – nawet siebie – nie możemy poznać do końca. Że – w zasadzie – to każdy człowiek jest varelse – nawet dla członków najbliższej rodziny.

Paradoks ten jednak zupełnie nie wpływa na klasę powieści Carda. Książek, będących opowieściami tyleż o obcych z kosmosu, co o obcych, którzy tkwią w nas samych.

„Mniej” znaczy „więcej”

W dzień po reaktywacji blogu warto się wytłumaczyć. Warto się wytłumaczyć z drastycznej zmiany layoutu, z tego, dlaczego jest tak biało i dlaczego jeszcze tak wiele blogowi temu brakuje*.

„Mniej” znaczy „więcej”. Tą zasadą kieruję się już od ponad roku. Kierowałem się nią, przygotowując nowy layout strony głównej Granic. Kierowałem się nią, przygotowując projekt „Przebłysków” dla Adama Maniury. Kierowałem się nią, dostosowując gotowca, który leży u podstaw BytomInside.pl – strony fotograficznej, również Adama, której poświęcam ostatnio bardzo wiele czasu, a która wciąż wymaga dopracowania i uzupełnienia.

Kierowałem się tą zasadą – wreszcie – odświeżając wygląd własnego blogu, który ma być swego rodzaju wizytówką. Bo po co zamieszczać widżet z reklamami, który rocznie przynosi kilkadziesiąt złotych? Po co zaśmiecać stronę widżetem Facebooka, kiedy zainteresowani czytelnicy i tak na profil blogu dotrą? Po co prezentować własne zdjęcie, skoro znajomi i tak doskonale wiedzą, jak w danym momencie wyglądam, a nieznajomych nieprzesadnie to obchodzi? Ma być jasno, przejrzyście, czytelnie i z naciskiem na tekst. Tekst, który stać tu będzie na pierwszym miejscu. Tekst, który komentował będę zdecydowanie częściej niż dotychczas.

Czego Państwu i sobie serdecznie życzę.

 

* spolszczenie szablonu obiecuję przygotować w czasie mniej lub bardziej najbliższym

Spiesz się powoli!

gallo

Jeff Galloway to jedna z postaci, których miłośnikom biegania nie trzeba przedstawiać. To jeden z amerykańskich biegaczy, którzy najmocniej przyczynili się do popularyzacji dyscypliny sportu, która – także w Polsce – gromadzi coraz większe rzesze pasjonatów. Niejednokrotnie wygrywał ważne światowe biegi maratońskie, a udało mu się to dzięki metodzie, którą zastosować może każdy – nawet biegacz-amator. Metoda ta kładzie bowiem nacisk na odpoczynek już w trakcie biegu, poprzez zastosowanie regularnych przerw na marsz. Z drugiej strony Galloway podkreśla, że mniejsze znaczenie ma duży kilometraż w trakcie tygodnia, gdy każdemu brakuje czasu. O wiele ważniejszy jest jeden dłuższy bieg, stosowany co tydzień lub co dwa tygodnie, w zależności od obranego planu treningowego i docelowego dystansu w trakcie wyścigu.
Bieganie metodą Gallowaya to trening dla początkującego biegacza niejako „w pigułce”. Autor opisuje rewolucję, j
zniweczyć efekty wielomiesięcznego treningu. Galloway podpowiada, jak startować w zawodach powinien amator, a jak – doświadczony już zawodnik. Prezentuje także tabele, pomagające planować trening przed biegiem na poszczególnych dystansach i ukończeniu ich w określonych czasach, do półmaratonu włącznie. aka w zakresie biegania zaszła w drugiej połowie XX wieku. Następnie przechodzi do informacji bardziej konkretnych, opisując fizjologiczne podstawy treningu, planowanie poszczególnych biegów oraz dziennego i tygodniowego kilometrażu, jak również znaczenie prowadzenia dziennika biegania. Pisze też, jak biegać w czasie wielkich upałów czy jak przygotować się do biegania zimą, a informacje te są naprawdę ogromnie pomocne.

Książka Gallowaya stanowić będzie interesującą pomoc dla każdego, kto planuje kiedykolwiek – choćby dla własnej przyjemności – przystąpić do zawodów. Biegacz podkreśla, że nigdy nie należy przesadzać z szybkością i tempem – nadmierny nacisk na nie przekłada się bowiem przede wszystkim na ilość i częstotliwość kontuzji, które łatwo mogą
Ale Bieganie metodą Gallowaya to także dostrajanie – pracowanie nad techniczną stroną biegu, dołączenie do treningu ćwiczeń wzmacniających i uzupełniających, parę słów na temat motywacji, treningu mentalnego czy biegania dla kobiet. Autor opisuje też najczęstsze kontuzje, pomagając odróżnić – przynajmniej wstępnie – poważną kontuzję od tak zwanego przetrenowania i pokazując, jak z niektórymi problemami sobie radzić. Nie jest jednak Bieganie metodą Gallowaya poradnikiem dla lekarzy-amatorów. Galloway podkreśla, że w przypadku jakichkolwiek wątpliwości, nie należy polegać na własnych domysłach, lecz czym prędzej zgłosić się do lekarza. Opisuje także znaczenie pracy z dobrym trenerem, której nie zastąpi lektura nawet najlepszego poradnika.

Bieganie to nie tylko same treningi. To także odpowiednia dieta, pomagająca osiągnąć dobre wyniki w zawodach, a także sposób na… „wybieganie” tłuszczu. Dobre wyniki trudno osiągnąć bez odpowiedniego obuwia. I na te tematy biegacz zabiera głos, przedstawiając swoje opinie czy praktyczne porady. Mówi także o bieganiu dzieciaków i seniorów oraz prezentuje metodę oszacowania wyniku w zawodach, do których się właśnie przygotowujemy.

Galloway pisze w sposób przystępny i interesujący. Oczywiście, sporo tu tak charakterystycznych dla amerykańskich poradników motywacyjnych zwrotów do czytelnika, jednak maniera ta nie jest przesadnie irytująca. Jeff Galloway stawia raczej na konkrety. Oczywiście, nie wyczerpuje wszystkich tematów związanych z bieganiem. Oczywiście też jego książka nie zastąpi współpracy z trenerem zawodowcowi, jednak dla początkującego biegacza z pewnością stanie się bardzo pomocna.

Trudno mi, jako laikowi w sprawach sportu i człowiekowi, który biega amatorsko dopiero od paru lat, wypowiadać się na temat skuteczności metody treningowej Jeffa Gallowaya essayscaptain.com. Stosowanie jej nie przyniosło mi jak dotąd zdecydowanej poprawy wyników, o której pisze autor. Natomiast dało się zauważyć, że o wiele mniej mam już problemów z lżejszymi

czy poważniejszymi kontuzjami, z przetrenowaniem czy przemęczeniem. A o to mi – jako amatorowi, który do swojego pierwszego maratonu wciąż jeszcze się przygotowuje – przed lekturą poradnika Gallowaya chodziło.

Powrót króla

Do najnowszej książki Stephena Kinga „Dallas 63” podchodzić trzeba było z dużą dozą nieufności. Podróże w czasie – motyw oklepany jak sama literatura. Zamach na Kennedy’ego – temat ograny co najmniej tak samo, a przy tym tak do bólu „amerykański”, że polskiego czytelnika nie powinien interesować w najmniejszym stopniu. A jednak. A jednak tak zwany „mistrz horroru” po raz kolejny potrafi przykuć do lektury siedmiusetstronicowej „cegły”, nie mamiąc czytelnika bajkami o wielkiej sile miłości czy tanim happy endem.

Tak, „Dallas …” to powieść o podróży w przeszłość.  Nauczyciel literatury pewnego dnia zostaje zaproszony do odwiedzenia spiżarni.znajomego. Dziwną tę prośbę, mimo pewnych oporów, Jake Epping decyduje się spełnić. Jakież jest jego zdziwienie, gdy odkrywa, że poprzez przejście w spiżarni ma szansę przenieść się kilkadziesiąt lat wstecz. Może posmakować dawnego piwa, którego smak przewyższa współczesny wielokrotnie. Może poczuć ówczesną atmosferę i poznać żyjących wówczas ludzi. Może też wiele rzeczy zmienić. Może uchronić przed kalectwem swoich przyjaciół, może zabrać z sobą do współczesności pewne pamiątki. Może też poczekać kilka lat i spróbować odkryć prawdę o zamachu na Kennedy’ego. A może nawet będzie mógł zapobiec śmierci JFK? Tylko czy rzeczywiście świat stanie się wówczas lepszy? Jak w takim wypadku potoczy się historia? Pytania te będą z pewnością nurtować czytelników ostatniej powieści Kinga przez wiele godzin. I mimo pewnej przewidywalności, narzuconej tu przez konwencję, raczej żaden z czytelników poszukujących w literaturze rozrywki czy emocji od lektury nie powinien odejść zawiedziony.

Można powiedzieć, że jest w tej powieści wszystko, czego można oczekiwać od literatury popularnej. Jest sprawdzona konstrukcja – przede wszystkim. Jest nośny temat. Jest dobrze budowane napięcie, są bohaterowie, którym nie sposób nie sekundować. Bohaterowie nakreśleni interesująco, wiarygodni, prawdziwi. Bohaterowie, których poznamy naprawdę dobrze i z którymi naprawdę przykro będzie się rozstać. Jest też miłość i – niejednokrotnie – jest zaskoczenie. A to już naprawdę dużo jak na – było nie było – literaturę o charakterze nade wszystko rozrywkowym.

Oczywiście, nie może tu być mowy o pojmowanym tradycyjnie prawdopodobieństwie. Autor nie udaje, że przesadnie wgłębiał się w teorie poświęcone równoległym światom, w paradoksy, jakie przyszło już rozważać fizykom czy miłośnikom tematu. Zasłania się faktem, że jego bohaterowie to w gruncie rzeczy ludzie prości, których mechanizm podróży w czasie nie interesuje. Do czasu, kiedy odkryją konsekwencje swych działań.

Przy tym wszystkim wypada jednak pamiętać, że King próbuje tu mierzyć się z jednym z najbardziej żywych amerykańskich mitów, ze źródłem setek spiskowych teorii i tematem wiecznie gorącym. King usiłuje też moralizować, tłumaczyć mechanizmy historii, zadawać naprawdę ważne pytania. Dobrze, że udaje mu się uniknąć wielu mielizn, na których polegli pisarze wielcy. Źle – bo mimo wszystko nie wydaje się, by poza niezłą historią i sporą dozą dobrej rozrywki Stephen King miał w tej powieści czytelnikowi do zaproponowania coś więcej. Tego zdecydowanie szkoda.

Nosowska. Nie do słuchania…

nosowska Trudna, nieoczywista, poszukująca – taka jest Katarzyna Nosowska w piosenkach ze swojej najnowszej płyty, „8”. I choć trudno tej muzyki słuchać od niechcenia, trudno włączać ją dla przyjemności, to przyznać trzeba, że poetka piosenki wspina się tym razem na wyżyny. I są to wyżyny prawdziwej sztuki.

 

„8” to album ogromnie spójny. Spójny, choć odwołuje się do artystów o bardzo różnym temperamencie, do muzyków reprezentujących bardzo różne nurty. Bjork – to skojarzenie chyba najbardziej oczywiste. Muzyczna alternatywa. Bowie, Arcade Fire. I może kilkunastu, może kilkudziesięciu innych artystów – zapewne każdy miłośnik Nosowskiej spędzi wiele godzin na poszukiwaniu podobnych źródeł czy inspiracji. Inspiracji, które Nosowska wspólnie z Marcinem Macukiem twórczo przetwarza, czasem odchodząc od nich naprawdę daleko.

 

Nosowska brzmieniem bardzo mocno zaskakuje. Są tu rewelacyjne instrumenty smyczkowe („Nomada”) i rozwibrowana gitara elektryczna („Daj spać”). Są elektroniczne wstawki, saksofon, czasem – mocny, wyraźny rytm. Charakterystyczny głos wokalistki z płyty na płytę brzmi coraz lepiej. I choć niektórzy te „smutki” Nosowskiej uznają za zawodzenie, to przy odrobinie wysiłku każdy odkrywać będzie mógł wszystkie barwy nowej płyty tej charyzmatycznej wokalistki.

 

Wiele piosenek z albumu zaczyna się od niemal ascetycznych dźwięków klawiszy („Ulala”) czy gitary („Kto?”). Szybko jednak muzyka w nich staje się coraz bardziej intensywna, a całość coraz mocniej nabrzmiewa muzyką. I treścią.

 

Treścią, bowiem płyta ta tekstowo jest po prostu niezrównana. Mamy tu nastrojowe obrazki („Pa”, „O lesie”), mamy też mocne kawałki, których siła nasuwa skojarzenia z malarskim ekspresjonizmem – jak choćby „Tętent”, który stanowi swego rodzaju „przed-płacz”, wstęp do krzyku i prawdziwej emocjonalnej eksplozji. Są tu teksty wprost przepełnione erotyką („Daj spać”), które po bliższym poznaniu okazują się o wiele głębsze, niż moglibyśmy oczekiwać. Są tu miłość i nie-miłość, strach przed uczuciami oraz pragnienie poddania się im. I choć czasem swoista asceza słowa, enigmatyczność części tekstów jest mocno przesadzona (wówczas – choć to zabrzmi obrazoburczo – wokalistka i autorka tekstów ociera się po prostu o bełkot), to naprawdę warto doszukiwać się ich sensu, interpretować i odkrywać wciąż na nowo.

 

Nie ma co się oszukiwać – albumem „8” Nosowska z pewnością nie trafi do każdego. Piosenkarka nie podlizuje się masowemu odbiorcy, nie idzie melomanom na rękę. Nosowska od swoich fanów wymaga bardzo wiele. Ale – przede wszystkim – wokalistka bardzo wiele wymaga od siebie. I to wydaje się jednym z największych jej atutów.

Jak nas zmienia technologia?

Naszła mnie dzisiaj dość nietypowa refleksja – otóż to, w jaki sposób korzystamy z Internetu, w dużej mierze determinowane jest przez urządzenie, z którego w danym momencie korzystamy.

Przykłady? Bardzo proszę. Do niedawna jeszcze jedyny wybór, jaki mieliśmy, to wybór między komputerem a laptopem. Właściwie były to urządzenia o podobnych możliwościach i w podobny sposób ich używaliśmy – cała różnica sprowadzała się do tego, że z laptopa korzystaliśmy w drodze / z poziomu fotela lub kanapy, a z komputera – w domu, pracy, przy biurku.

Problem zaczyna się w momencie mocnego wejścia na rynek urządzeń mobilnych z prawdziwego zdarzenia. I tu kilka kwestii.

Przede wszystkim: smartfony z klawiaturą fizyczną. Przyznam szczerze: do niedawna sądziłem, że bez klawiatury fizycznej nie da się ze smartfona korzystać w zastosowaniach biznesowych z prawdziwego zdarzenia. Potem moją optykę zmienił (wypaczył?) Samsung Galaxy SII – pierwszy smartfon z Androidem, który działał tak, jak powinien, co zrekompensowało mi brak klawiatury fizycznej. Przerzuciłem się więc nań z głębokim przekonaniem, że niczego nie tracę. Nie mogłem się bardziej mylić.

Za czasów Motoroli Milestone / Milestone 2 smartfon służył mi do prowadzenia służbowej w dużej mierze korespondencji. Mniej zajmowałem się na nim przeglądaniem blogów, czytaniem e-booków lub słuchaniem muzyki. Przypomnijmy, że oba te urządzenia wyróżnia świetna klawiatura fizyczna. Zdarzało mi się nawet pisywać na nich notki na blog, choć przy naprawdę długich tekstach potrafiło to być uciążliwe.

Inaczej po przejściu na Samsunga Galaxy SII. Tu mamy większy ekran, szybszy system, dużą płynność działania. Klawiaturę bezpowrotnie tracimy na rzecz Swype’a – rozwiązania genialnego, ale przy naprawdę długich tekstach czy korekcie nie do końca się sprawdzającego. To propozycja idealna do niezbyt obszernych maili – wówczas w zakresie szybkości pisania można osiągnąć wyniki wyśmienite, nawet lepsze niż przy klawiaturach fizycznych. Ale im dłuższy tekst będziemy pisali, tym nasza irytacja będzie bardziej rosła. W efekcie zorientowałem się, że z moim nowym smartfonem dobrze się bawię, wygodnie czytam i wypoczywam. Ale nie sprawia to, że liczba spraw do załatwienia maleje. Maile spływają i czekają na odpowiedź, notki na blogu same się nie piszą. Może i jestem bardziej wypoczęty – cóż jednak z tego?

Tymczasem po odesłaniu SGSII na gwarancję wróciłem do Milestone 2. Efekty już widać – uaktywniłem się, pisząc na GooglePlusie, wrzuciłem co nieco na blog. Maili o poranku po przyjściu do pracy jakby mniej. Wniosek? Dopowiedzcie go sobie sami…

Przyznaję: jeszcze nie dojrzałem do całkowitego odrzucenia SGSII. Na razie zaczynam być przekonany, że warto korzystać zwykle z dwóch urządzeń – jednego z klawiaturą, a drugiego – bez niej. Pytanie tylko, czy każdy potrzebuje nosić przy sobie aż dwa urządzenia. Niektórzy w drodze potrzebują laptopa do bardziej zaawansowanych zastosowań. A jeśli do tego dorzucimy jeszcze tablet, zaczynamy wyglądać jak przenośne stoisko z gadżetami…

No właśnie: tablet. Tablet, z którego korzysta się jeszcze inaczej. Idealny na konferencje prasowe (wygląda o niebo lepiej niż teczka / kartka z programem) lub do prezentacji multimedialnych. Dobry do sprawdzenia poczty, czytania prasy, przeglądania sieci. Sprawdza się przyzwoicie w przypadku czytania e-booków. A jednak większość internautów wykorzystuje go do gier. Próby pisania za jego pomocą bez dołączonej klawiatury fizycznej są możliwe do przeprowadzenia, owszem. Ale nikt na stałe nie będzie wykorzystywał tabletu bez klawiatury do pisania. Mimo gorących deklaracji – najczęściej ze strony wszelkiego rodzaju fanbojów.

Wszyscy doskonale wiemy, że technologia ma za zadanie ułatwiać nam życie. Tak się najczęściej dzieje – dzięki niej jest wygodniej, szybciej, łatwiej i przyjemniej. Ale rzadko kiedy uświadamiamy sobie, że technologia również współdecyduje o tym, w jaki sposób żyjemy, czym się zajmujemy, ile czasu poświęcamy na poszczególne czynności. Technologia może też decydować o tym, co robimy. A to już może okazać się niebezpieczne. Naprawdę niebezpieczne. 

Kto czyta „Książki”?

„Książki. Magazyn do czytania” – czyli jedno z pierwszych wysokonakładowych pism literackich, opublikowane wczoraj przez Agorę, bez wątpienia ma szansę na to, by zawojować rynek. Bo kwartalnik ten w idealnych proporcjach łączy doskonałe nazwiska znakomitych, popularnych autorów, do których przecież wydawca „Gazety Wyborczej” ma niemal nieograniczony dostęp, z ambitnymi tematami, poruszanymi jednak językiem bardzo przystępnym i wyrazistym.

Dotychczas było tak, że na rynku dominowały pisma bardzo hermetyczne – poruszające literackie tematy z punktu widzenia  nauk humanistycznych, zamieszczające wiersze lub utwory debiutantów, pisma odkrywające nowe zjawiska w literaturze lub po prostu magazyny bardzo ambitne i trudne w odbiorze. Siłą rzeczy ich nakłady wydawcy musieli mocno ograniczać – trudno oczekiwać bowiem, by „Zeszyty Literackie”, „HaArt” czy „Lampa” sprzedały się w kilkunastu tysiącach egzemplarzy. Niestety, z tego również powodu ich dostępność pozostawiała bardzo wiele do życzenia – kiedy zapytałem niedawno w bytomskim Empiku o jedno z tych pism, usłyszałem, że ostatnio widziano je w magazynie w… 2008 roku. Zapewne zresztą kupiłem je wówczas ja sam i na tym skończyło się grono nabywców. Z jednej więc strony istniały pisma, skierowane do dość specyficznego i ograniczonego grona odbiorców, z drugiej zaś – odbiorcy ci mieli do nich mocno ograniczony dostęp. Agora ma zapewne ambicję, by zmienić ten stan rzeczy. Wydaje więc pismo w zdecydowanie większym nakładzie i deklaruje, że obok dużych sieci księgarskich znajdziemy je także w wielu kioskach. Dobre kanały dystrybucji oraz promocji gwarantują, że jeśli pismo utrafi w gust odbiorców, osiągnie również sukces sprzedażowy.

 

Od porno do komandosów

W pierwszym numerze zaś znajdujemy teksty znakomite. Wydanie otwiera niezły tekst o Drużynie Szóstej, która odpowiada między innymi za wykonanie wyroku na ben Ladenie. Temat gorący, który zainteresuje nie tylko miłośników literatury, a sam artykuł zapowiada przy okazji książkę, która w sierpniu ukaże się nakładem Znaku. Dalej mamy dobry wywiad z Joanną Olczak-Ronikier, poświęcony biografii Janusza Korczaka – tekst nieco kontrowersyjny, mocno eksponowany za to na okładce. Autorzy „Książek…” zastanawiają się też nad kwestią coraz mniejszej dyskrecji w publikacjach biograficznych, przywołując między innymi dzieło wspomnianej już Olczak-Ronikier, jak również biografie Kapuścińskiego czy Czesława Miłosza. Oliver Sacks odkrywa przed czytelnikami pożytki z halucynacji, Wojciech Orliński przybliża im postać Marshalla McLuhana, a Olga Tokarzuk – Benedykta Chmielowskiego, pierwszego polskiego wikipedystę. W numerze goszczą i Zadie Smith, i Michel Houellebecq, i siostrzenica Franza Kafki. Są: porno, podróżowanie, ateizm, dobry serial oraz malarstwo włoskie w rewelacyjnym ujęciu Marii Poprzęckiej. Są książki ważne dla Marii Janion, nowości, które czyta świat, oraz znakomite kryminały. A wszystko to doskonale zredagowane i okraszone przyciągającymi uwagę tytułami.

 

Przystępność nade wszystko

Przyznaję otwarcie: choćbym nie wiem , jak bardzo chciał, nie mogę w piśmie tym znaleźć poważniejszych błędów. Jego redaktorzy i autorzy po prostu potrafią dotrzeć do czytelników. Nawet, jeśli któryś spośród tematów na pierwszy rzut oka wydaje się dość trudny czy bardziej hermetyczny, lead lub pierwszy akapit szybko wyprowadzają nas z błędu – ten temat może być ciekawy. Tu i Maria Janion rezygnuje z terminologii naukowej, przemawiając zrozumiałym językiem. „Książki. Magazyn do czytania” to trochę taki „Niezbędnik inteligenta” „Polityki”, tylko w wydaniu „Wyborczej” i bez pretensjonalnego tytułu.

 

Kreatywność, głupcze!

No właśnie: tytuł. Trudno mi wyobrazić sobie, kto zasugerował wydawcy, by nowe pismo okraszać tytułem, jaki nosi już popularny miesięcznik o nachyleniu branżowym. Zabieg to ryzykowny – nie wiem, jak wyglądają tu kwestie prawne (nie podejrzewam, by duża korporacja, jaką jest Agora, pozostawiła tę kwestię niewyjaśnioną), ale tytuł będzie wywoływał raczej skojarzenia z pismem hermetycznym, może też – z drugiej strony – wywołać dezorientację podzas dokonywania zakupu. Nie wspominając już o tym, że mamy na rynku jeszcze i „Nowe książki”, co chaos – już i tak spory – jeszcze potęguje. Mam wrażenie, że zespół redakcyjny pokusić się mógł o zdecydowanie większą kreatywność w tym zakresie.

 

Literatura a ideologia

Jest jeszcze jeden problem, a mianowicie: ideologia. Dobór tematów i autorytetów, które goszczą na łamach pisma nieodmiennie kojarzy się z linią redakcyjną i światopoglądową „Gazety Wyborczej”. Owszem, momentami pismo wykracza poza ramy tradycyjnych podziałów, które ostatnie lata bardzo mocno pogłębiły, ale nadal większości czytelników kojarzyć się będzie jednoznacznie.  Rozumiem, że spora część humanistyki zdominowana jest przez osoby lewicujące lub lewackie, mam jednak wrażenie, że i prawica coraz częściej i mocniej daje się tu słyszeć. Mam więc wrażenie, że jak machina medialna „Agory” jest bardzo dużą siłą pisma, tak i ona może „Książkom” momentami dość mocno zaszkodzić. I chyba tylko ona może dla pisma stanowić zagrożenie.

Kto lubi książki?

Czy serwis Booklikes.com jest w stanie zamieszać na światowym rynku witryn poświęconych książce? Mam szczerą nadzieję, że tak – każdy bowiem sukces polskiej firmy dobrze wróży nam wszystkim, nie wspominając o tym, że ożywienie w branży, jak zwykle, solidnie się przyda. Niestety, w chwili obecnej Booklikes.com więcej obiecuje, niż faktycznie oferuje. W dodatku kopiuje większość rozwiązań z serwisów, które na polskim rynku istnieją już od dłuższego czasu. A to podoba mi się zdecydowanie mniej.

Kilka dni temu czytaliśmy na Spidersweb.pl, że twórcy Okazjum.pl dostali się na amerykański SeedCamp, gdzie walczyć będą o uwagę inwestorów z serwisem agregującym informacje o dostępnych na rynku książkach, pozwalającym tworzyć indywidualne rekomendacje czytelnicze, prowadzić wirtualne biblioteczki oraz porównywać ceny w różnych księgarniach. To właśnie ta ostatnia funkcja w połączeniu z ogromną bazą informacji o książkach miała być największą siłą serwisu. Dziś, po fazie zamkniętych testów, serwis został udostępniony szerokiemu gronu odbiorców. I wszystkie moje obawy się potwierdziły.

W ostatnich kilku dniach pojawiały się zrzuty ekranu prezentujące serwis. Dotarł do nich między innymi Tadeusz Pilas z Bookmarketing.pl i Ksiazki.TV „Nakanapie.pl 2? Lubimyczytac.pl 2 i 1/2” – skomentowałem wówczas jego wpis na Facebooku. Dziś mogę powiedzieć otarcie – Booklikes.com to przeniesienie na grunt amerykański dobrych polskich stron internetowych. To po prostu klon tych serwisów. I nawet nie chcę myśleć, jak bardzo wściekli muszą być ich twórcy, że nie zdecydowali się wcześniej serwisów swych przetłumaczyć, znaleźć odpowiednich domen i udostępnić zachodnim internautom.

Na razie bowiem możemy na Booklikes.com dodać książki do wirtualnej biblioteczki – oznaczyć je jako czytane, przeczytane lub takie, po które sięgnąć chcemy. Możemy dodać do nich komentarze. Możemy śledzić biblioteczki naszych znajomych i obserwować profile znanych pisarzy (nie, żaden z nich na BookLikes.com się nie udziela). Na bazie naszych lektur serwis dostarczy nam kolejne rekomendacje czytelnicze. I w zasadzie to tyle, na razie bowiem nie mamy linku do zakupu książki czy porównywarki cen (twórcy chyba na razie pracują dopiero nad programami partnerskimi). Potężnym problemem jest też fakt, że nawet, jeśli dodamy kilka czy kilkanaście książek do naszej wirtualnej biblioteczki, a serwis wyświetli nam rekomendacje, to o poleconych nam książkach nie dowiemy się praktycznie niczego. Nie ma bowiem w Booklikes.com opublikowanych opisów wydawców. Prawdopodobnie twórcy liczyli na to, że zaległości te nadrobią użytkownicy, tu jednak całość będzie trwała dość długo i pierwsi internauci, którzy odwiedzą serwis, mogą być dość mocno rozczarowani.  Całość serwisu stworzona została po angielsku, a w bazie polskich książek szukać próżno. Start polskiej wersji serwisu planowany jest na końcówkę roku.

Nie chciałbym w tym miejscu oceniać szans Booklikes.com na rynku amerykańskim – nie jestem specjalistą w tym zakresie i nie wiem, na jak silną konkurencję serwis musi się nastawić – tamtejsze wortale obserwuję od przypadku do przypadku. Wiem natomiast, że w Polsce takie serwisy tworzone były przez pasjonatów, którzy dopiero z czasem swoją działalność profesjonalizowali. Znali jednak już na starcie potrzeby danego rynku i preferencje internautów. Bez tego sukces Booklikes.com za oceanem może nie być pewny.

Wiem też, że serwis w Polsce może mieć niejakie problemy ze zdobyciem stałego grona wiernych użytkowników. Przede wszystkim jego reklama we „Wproście” to jednak falstart z punktu widzenia większości polskich użytkowników – niewiele osób zachwyci się u nas serwisem, w którym po prostu nie ma polskich książek. Druga sprawa to unikalność oferty serwisu. A ta, jako się rzekło, jest zerowa. Nie wiem, po co przeciętny użytkownik miałby przenosić swoje konto z Lubimyczytac.pl, Nakanapie.pl, Biblionetki.pl czy – wreszcie – z serwisu Granice.pl? By zyskać dostęp do bazy książek zagranicznych? Powiedzmy otwarcie – w Polsce miłośnicy książek wydanych w obcych językach to margines. To specjaliści w zakresie nowych technologii, programiści oraz – być może – część marketingowców czy ekonomistów. I raczej szybko ów stan rzeczy się nie zmieni. Resztę zaś funkcji użytkownicy znajdą w serwisach, w których konta już mają, w których mają już swoje wirtualne biblioteczki i historię czytelniczych przygód. Po co mieliby zaczynać od nowa? Tego po prostu nie rozumiem.

Na koniec powtórzę rzecz, o której w tym blogu pisałem już niejednokrotnie: bardzo nie lubię klonów istniejących już serwisów. Jako osobie parającej się literaturą wydają się one po prostu plagiatem – a wszyscy wiemy, co się z tym wiąże. Booklikes.com zaś – to również powtórzę po raz kolejny – nic nowego swoim użytkownikom na razie nie oferuje i od naprawdę ostrej krytyki powstrzymuje mnie przede wszystkim fakt, że serwis zaczyna od próby zawojowania rynku amerykańskiego. Współczuję więc konkurencyjnym serwisom przyszłego rywala, który garściami czerpie z ich funkcji, zarazem jednak sugerując wiele spokoju. To nie jest łatwy rynek. I sukces nowej inicjatywy może być o wiele trudniejszy, niż się komukolwiek wydaje.