Zombie, seksizm i geje – Noc Zombie. Miasto żywych trupów. Recenzja

Zombie, seksizm i geje – Noc Zombie. Miasto żywych trupów. Recenzja
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Popularność tematyki zombie jest dla mnie ciągłym powodem do zdumienia. Jak to się dzieje, że schematyczne do bólu utwory cieszą się tak dużym zainteresowaniem? Teoretycznie pomysł powinien się znudzić po dwóch, trzech filmach. Tymczasem mamy do czynienia z prawdziwym evergreenem popkultury. W gruncie rzeczy groza (nawet ta gorszego sortu) nierzadko ma coś więcej do zaoferowania niż eksponowanie obrzydliwości, więc wypadałoby się manifestacyjnie odgrodzić od zombie na rzecz czegoś bardziej w dobrym tonie. A jednak…, a jednak dzisiaj będę bardzo dobrze pisał o książce, która właśnie eksploatuje obrzydliwości (mięso, flaki, sperma) i pomimo swojego rażącego schematyzmu prezentuje się nad wyraz atrakcyjnie.

Mowa tutaj o literackiej dylogii Briana Keene’a Noc zombie i Miasto żywych trupów.

Fabuła tych książek, podobnie jak fabuła innych tego typu apokaliptycznych wizji, rozpoczyna się w momencie, gdy zaraza zombie zaczyna obejmować wszystko dookoła. Kilka przypadkowych osób, którym udało się wyjść z kataklizmu w całości, wyrusza na własną rękę w długą podróż po Stanach w celu odnalezienia bezpiecznego bastionu dawnej cywilizacji. Keene z jednej strony tworzy bardzo zgrabny kolaż z tego, co już znamy, z drugiej strony dodaje do historii o zombie kilka udanych innowacji. Zanim jednak o innowacjach będzie mowa, zajmę się przez moment (dłuższy moment) bohaterami powieści, których – o dziwo – da się lubić i którym przez cały czas kibicowałem.

Dwie najważniejsze postacie to Jim i Frankie. Jim jest typem silnego, zdecydowanego mężczyzny, który wie, czego chce od życia (odnalezienie swojego ukochanego syna) i który nie cofnie się przed niczym, aby to zdobyć. Jedyne co jest w stanie go zniszczyć to… kobieta. Zdradzająca go żona, która przed laty przy pomocy swojego kochanka i armii adwokatów odebrała mu jedyne dziecko. To doświadczenie sprowadziło go na samo dno. Jedyne na co jest w stanie liczyć to on sam, jego siła i determinacja. Nie piszę o tym bez powodu, bo prymat męskości nad kobiecością jest w opowieści Keene’a bezsporny. Wielokrotnie wzmacniany. Czy to poprzez fakt sprowadzenia kobiety do roli seksualnej zabawki mężczyzn (bardzo ważny wątek pierwszego tomu!), czy poprzez fakt dowartościowania głównej bohaterki właśnie dzięki nadaniu jej stereotypowo męskich cech. Pozostałe ważne dla fabuły kobiety zostały przedstawione jako negatywne tło dla głównego pozytywnego bohatera. Jego pierwsza żona okazuje się kompletnie nieefektywna jako matka. Nie tylko najpierw odebrała chłopcu ojca, ale jeszcze w kulminacyjnym momencie (po śmierci swojego drugiego męża) załamuje się i pozostawia syna samemu sobie. Przez co jednoznacznie definiuje siebie jako pasywną towarzyszkę mężczyzny. Ostatecznie to Jim musiał pokonać wszelkie przeszkody, aby uratować chłopca. Jego matka, będąca na miejscu, nie tylko nie wykazała inicjatywy, ale w końcu sama stała się dla niego zagrożeniem.

Motyw rodzica poszukującego swojego dziecka jest często wykorzystywany w horrorze. Wysokie prawdopodobieństwo takiego zachowania czyni z determinacji Jima pewną oczywistość, w którą bardzo łatwo uwierzyć i emocjonalnie się zaangażować. Podobną motywację wykorzystano w filmie i grze Silent Hill. Tam pozwoliła ona uprawdopodobnić najbardziej zdawałoby się wydumaną wytrwałość bohaterów w przemierzaniu kolejnych koszmarnychn lokacji. W Nocy Zombie ten chwyt sprawdza się równie dobrze. Jeżeli trudno jest nam nie kpić z nierozważnego zachowania bohaterów większości horrorów, zachowujących się, jakby brakowało im instynktu przetrwania, to ta jedna motywacja jest w stanie obronić pozornie nierealistyczne zachowanie, co trzeba policzyć na duży plus w konstrukcji psychologicznej bohatera Nocy Zombie. Na marginesie: analogiczny pomysł wyjściowy wykorzystał w swojej powieści Cormac McCarthy W ciemność. Tam młoda kobieta wyrusza na poszukiwanie swojego, pochodzącego z kazirodczego związku, dziecka. Młoda, żyjąca do tej pory w totalnej izolacji, Rinthy wyrusza w tytułową ciemność, która okazuje się… dziwacznie mroczną i niebezpieczną rzeczywistością prowincjonalnych Stanów Zjednoczonych z przełomu wieków. Tak poza głównym tematem. Odsyłam do recenzji na blogu Pod Tytułem.

Druga, oprócz Jima, istotna dla fabuły postać to narkomanka/eks-narkomanka Frankie. Frankie również nosi w sobie dziecko. A raczej w swoim umyśle. Dziecko, które urodziło się martwe i w jakiś sposób wciąż prześladuje ją w snach.

Frankie zamknęła powieki, ale tylko na chwilę. Otworzyła je, kiedy na korytarzu jej martwe dziecko zapłakało i pielęgniarki wrzasnęły*

Kobieta, kiedy ją poznajemy, jest na narkotykowym głodzie. Ścigana przez swoich dawnych towarzyszy, wydaje się nie mieć szans na przeżycie. Kiedy jednak dochodzi do siebie po serii potwornych zdarzeń (konfrontacja z poszukującymi ją dilerami, wizyta w ZOO (!), podróż po labiryntowych kanałach i wreszcie detoks), zmienia się w twardą i gotową na wszystko, silną bohaterkę w stylu Ripley z Aliena. Ten symbolicznie rozpoczęty „detoksową śmiercią” w podziemiach proces maskulinizacji nie uwalnia bynajmniej Frankie od zagrożeń typowych dla kobiet. Jest zdeterminowana, pozbawiona resentymentów, odważna, a jednak w pewnym momencie fabuły, tak jak i inne kobiety, zostaje zamieniona w seksualną niewolnicę. Pomimo przebrania w strój macho, nie jest w stanie uciec od faktu, że jako kobieta jest słabsza, a zatem zależna od mężczyzn. Taka ironiczna robieżność pomiędzy aspiracjami i potencjałem Frankie, wzmocniona przez sposób, w jaki jest postrzegana przez otoczenie, jest kontynuowana właściwie przez cały czas trwania zombiej sagi. Tym samym w powieściach Keene’a ostateczną definicją kobiecości jest jej seksualność, tak samo jak dla ostatecznej definicji męskości jest nią siła.

Nie chciałbym sprawić wrażenia, że dylogia o zombie Keene’a jest w gruncie rzeczy pornograficzną manifestacją seksizmu, bo z pewnością byłoby to niezwykle krzywdzące. Obok stereotypowo dowartościowanych mężczyzn i kobiet w stereotypowej roli ofiary w Mieście żywych trupów pojawia się postać, zupełnie niekonserwatywnie postrzeganego, geja. Postać o tyle ciekawa, że w przeciwieństwie do innych reprezentantów homoseksualistów w horrorach (Choćby nauczyciel W-Fu w Koszmarze z ulicy Wiązów 2), zaprezentowana została bez łatek: cioty, pedała, pederasty, zboczeńca. Carson, bo o nim mowa, spełnia najbardziej tendencyjne wymogi pozytywnego prezentowania gejów w przestrzeni publicznej jako męskich, koleżeńskich i inteligentnych chłopaków z sąsiedztwa, nie mających nic wspólnego z przegiętymi, nienadającymi się do heteroseksualnej normalizacji „ciotami”.

– Dobrze układało ci się z ojcem, Carson?

– Tak, do czasu, jak dowiedział się, że jestem gejem. Byłem wtedy w dziesiątej klasie. Później już nawet nie rozmawialiśmy, wiesz? Moja matka też świrowała. Zawsze chciała mieć wnuki. Widać nawet nie pomyślała o czymś takim jak adopcja**.

Piszę jednak recenzję z książki o zombie. Może więc chociaż jeden akapit poświęcę motywowi żywej śmierci u Keene’a. Zwłaszcza że pisarz potraktował go dość niebanalnie. Keene nie poszedł dotychczasowym tropem: brak głębszego wyjaśnienia przyczyny ożywania martwych ciał plus jakaś bezpośrednia biologiczna geneza. Keene w swoich powieściach stworzył coś na kształt rozległej mitologii świata, która wyjaśnia kim/czym są odradzające się bestie. Wiąże się to z dość stanowczym odcięciem się od wizerunku zombie jako nieinteligentnej, poruszającej się, wiecznie głodnej masy mięsa. Zombie u Keene’a nie tylko są inteligentne, nie tylko mają plan, ale też potrafią mówić. Wbrew pozorom cały koncept bardzo podrasował ten horror, sprawiając, że zło stało się mniej groteskowe i karykaturalne, a bardziej przerażające. Rzadko właściwie poruszam ten wątek przy okazji recenzowania horrorów, ale w powieściach Keene’a jest parę naprawdę przerażających momentów.

Nie chce spojlerować, dlatego nie będę zatrzymywał się nad bardziej szczegółowych opisem wizji, przedstawionej w Nocy Zombie i Mieście żywych trupów. Z tego samego powodu zrezygnuję z analizy całego utworu, jego wymowy i przesłania. Napiszę jedynie: warto.

A jeżeli ktoś ma ochotę na skonfrontowanie moich wrażeń z lektury ze swoimi to z przyjemnością udostępnię na wieki swoje egzemplarze Nocy Zombie i Miasta żywych trupów. Zasady konkursu dość proste: w kometarzach pod tym wpisem należy zostawić przynajmniej czterowyrazowy tytuł fikcyjnej powieści badź filmu z motywem zombie. Taka zabawa na kreatywność. Autor najciekawszego tytułu będzie miał możliwośc porównania swojej wizji z wizją Keene’a.

About the author